Wczorajszy dzień uważam, za oficjalne rozpoczęcie sezonu przedwiośnia!
Piękne słońce skłoniło mnie w końcu do mrużenia oczu 8) mmrrrrrrrrrr… Kocham słońce. Nie wiem, czy przypadkiem pomiędzy zwojami mojego mózgu nie ma jakiś pędów kwiatów, które potrzebują do swoich chloroplastów i fotosyntezy właśnie promieni słońca… whatever… w każdym bądź razie uzależniona jestem od tych cudnych promieni bardzo i lubię te swoje uzależnienie 😉
Z tejże słonecznej okazji wypiłam toast z soku malinowo-marchwiowego idąc przyjemnie suchym chodnikiem betonowej stolicy.
Dzisiaj znów niebo kusi głębią jasnego błękitu.
Od teraz sił będzie przybywać!
Życzę wszystkim głębokiego oddechu o zapachu wiosny!!!!! 😉

Niespodzianki są bardzo niezależne, samodzielne i nie pytają o zdanie. Potrafią odwrócić życie do góry nogami. Bez nich codzienność mogłaby czasami przynudzać. One jednak nie pozwalają przespać, zaspać czy nie zauważyć. Niespodzianki są jak Mała Mi z Muminków. Dopną swego! I to właśnie ich niepowtarzalny urok.
Te sprzeczności romansują ze sobą we wspólnym tańcu, zwanym życiem. Obie powodują ból paradoksu… zwany bólem egzystencjalnym. Czy można uciec od neurotyzmu na cmentarzu? Nie wiem. Takiemu melancholikowi, jak ja na pewno trudniej. Wtedy powtarzam sobie, że mój lęk jest najbardziej znanym uczuciem ludzkości. Mijam nieznane mi twarze i wiem, że w zakamarkach ich serc te same pytania… Te same łzy i ten sam ból.
Kiedy polewam się kubeczkiem ciepłej wody i marznę między jednym chlustem a drugim, aby jakoś nie kląć w myślach, staram się rozmyślać na temat życiowego doceniania z pozoru prostych rzeczy/spraw/zjawisk naszej codzienności. Przypominam sobie również moje różne przygody, kiedy to na wyjeździe na Białorusi przez 4 tygodnie się myłam podobnie, tylko że w zimnej wodzie. Najgorsza jednak nie była zimna woda w wiadrze, lecz towarzystwo innych dziewczyn, przy których trzeba było się rozebrać i umyć. Nie drzemie we mnie nawet krzta ekshibicjonizmu, więc zniosłam to z bólem. Rok wcześniej na Ukrainie nie było weselej, szczególnie, że odwiedzałam tam z grupą misyjną małe biedne wioseczki. W końcu podczas niejednych wakacji spędzonych u Babci na wsi, kiedy nie miała jeszcze łazienki, myliśmy się podobnie. Pamiętam, że razem z moim rodzeństwem nie widzieliśmy w tym nic przykrego, czy utrudniającego życie. Zabaw przy misce z wodą za to nie było końca…
Niedawno byłam na wyjeździe służbowym. Namęczyłam się przed samym wyjazdem niesłychanie (przygotowania+lista spraw na zapas) więc byłam półprzytomna wyjeżdżając. Marzyłam jedynie o odespaniu nieprzespanych nocy. Skorzystałam więc przy pierwszej okazji. To jak jeść przepyszny deser po miesiącach abstynencji. W domu nie do pomyślenia, bo tyle jest rzeczy do zrobienia, a mała Zoś na razie nie przejawia, że po rodzicach odziedziczyła zamiłowanie do miękkiej poduszki…eh…