Zrezygnować

Rezygnujmy z luksusu, z lenistwa, z głupoty…

Rezygnujmy z tego, co zaśmieca nasz czas i nasze życie. Na pewno znajdzie się tego wiele…

Ale nie rezygnujmy z potrzeb własnych by kogoś zadowolić, by zbudować jakąś relację, by kogoś wychować, lub komuś pomóc.

Taka mała refleksja na „dzień dobry poniedziałku”.

Zdążyć…

Zdążyć przed barbarzyńcami

Wcale nie jest łatwo. Czasu nie jest za wiele, ciągle brakuje, jak powietrza po gonitwie w nieznane. Czas nie jest tutaj żadnym sprzymierzeńcem. Co najwyżej oszukanym…

Budowałam po barbarzyńcach. Zostawiają zgliszcza, zapach spalenizny, zapach palonego białka – gorzki, okrutny, bolesny… Niewiele co można z gliszczy wygrzebać, złożyć na nowo. Tak często trzeba po prostu zamieść popiół. Czarne i gęste opary wbiają się boleśnie w śluzówkę, ale i w serce, które krwawi. W zgliszczach małe kawałki doskonałości, która mogła przeciez trwać, która mogła przecież jeszcze kwitnąć. Trzeba już tylko zamieść. Pogrzeb. Łzy płyną same… na nic się tu zdadzą, co najwyżej obmyją twarz.Choć tyle.

Budować na nowo. Zapach całkiem inny przygotować w garze pełnym marzeń, potu pracy, łez frustracji i deficytów. Pachnie teraz drewnem, żywicą, wapnem. Drzazgi wbijają się w dłonie, zaznaczając dni jak w kalendarzu. Te nowe jest jak budząca się ziemia po zimie – przynosi nadzieję na nowe życie, choć nie bez bólu narodzin. Kiełkuje powoli i boleśnie.

Kanodzieja Salomon przestrzega, że to marność, bo nie wiemy, kto po nas przyjdzie… Miało być coraz lepiej, ale czy to nie mrzonki optymistów? Czy po nas znów nie przyjdą barbarzyńcy? Przyjdą ustanowić jedynie słuszny porządek zniszczenia, zrównają z ziemią to co boli ich karłowate, niedorozwinięte sumienia.

Więc chwilo trwaj. Zanim nastąpi destrukcja, niech choć jeszcze raz zakwitną w przestrzeni codzienności kwiaty dobra i piękna. Nasycę się nimi po wieki.

Ciasto biszkoptowe

Nie przepadam za pisaniem, widać to również na tym blogu. Ale taką mam pracę, że muszę, nawet jak nie lubię. Ostatnie 4 dni spędziłam przed komputerem i nie wiem, czy bardziej ucierpiały moje oczy, czy inna część ciała? Mój mózg jest „matematyczny” i bardziej operuje obrazami, niż samymi słowami. Dlatego to długi proces, zanim zdanie zostanie zapisane. Tak więc piękny majowy łikend+ jednen dzień gratis przesiedziałam nad komputerem. Cudowne wspomnienia! Na szczęście nauczyłam się przy okazji kilku ciekawych rzeczy, więc nie jest tak całkiem frustrująco. Gdybym miała tak codziennie, to chyba popadłabym w jakiś marazm egzystencjalny. Tak więc wzrósł mój poziom współczucia i empatii wobec tych, co muszą częściej czynić eleboraty. 

Najbardziej w całej tej pracy pisania lubię moment wysyłania artykułów. Wtedy robię im piękną stronę tytułową, oprawiam ładnie i fru! wysyłam. I to jest moja „wisienka na torcie”, cała reszta to zwyczajne ciasto biszkoptowe. 

Sprawiedliwość nasza codzienna

W Piśmie Świętym jest sporo tekstów zachęcających do czynienia sprawiedliwości. Zawsze mnie to nieco intrygowało, ponieważ zastanawiałam się, jak wiele tej sprawiedliwości mogę czynić ja – zwykły „żuczek”? Może zbyt wiele rozumiałam pod tym wielkim pięknym słowem?

Ze sprawiedliwością jest podobnie, jak ze zdrowiem: dopiero przy jej starcie uczymy się ją dostrzegać i doceniać. Doświadczenie na własnej „skórze” bolesnej i gorzkiej prawdy, czym jest sprawiedliwość, a raczej – czym jest jej brak, doprowadziło mnie do poszerzenia spektrum jej rozumienia.

Łzy – oto moi mali i skuteczni przewodnicy do głębi własnego serca i nauczyciele empatii.

Doznałam niesprawiedliwości ze względu na młody wiek, ze względu na moją płeć (najczęściej!), ze względu na brak posiadania dużego majątku i brak „wpływów” społecznych, ze względu na wrodzoną życzliwość, ze względu na osobistą wrażliwość i wiele innych aspektów, które można jeszcze długo wymieniać. Doświadczyłam niesprawiedliwości zarówno od najbliższych mi osób, od pracodawców, nauczycieli, znajomych i przypadkowych osób, jak i od sądu rejonowego. Niesprawiedliwość jest po prostu: wszędzie! Ta generalizacja nie służy, wbrew pozorom, narzekaniu naszemu powszedniemu.

Tak więc epidemia niesprawiedliwości zaprowadziła mnie do refleksji, jak wiele mogę zrobić w temacie sprawiedliwości, jako mały „żuczek”! Sprawiedliwość bowiem nie musi być sprawiedliwością wtórną, zadośćuczynieniową (zgodnie w powszechną teorią sprawiedliwości), lecz tą pierwotną, czyli czyniniem dobra, jako postawą społeczną. Co pod tym stwierdzeniem rozumiem? Otóż sprawiedliwość może być po prostu traktowaniem drugiej osoby w sposób godny, uważny i pełen szacunku. Bez stawiania jakichkolwiek warunków  godności drugiej osobie. Niby proste, nieskomplikowane i tak trudne.

Parę tygodni temu prowadziłam lekcję wychowawczą dla szóstoklasistów. Napisałam na tablicy zdanie: „Każdy zasługuje na szacunek”. Spytałam, czy jest ktoś, kto się z tym nie zgadza? Był ktoś… a dokładnie: wszyscy! Nikt wśród dwudziestu nastolatków się nie znalazł, kto by się zgodził, że istnieje szacunek do drugiej osoby bez warunków. 

Jesteśmy wychowywani, że na szacunek powinniści zapracować, następnie całe życie musimy udawadniać wszystkim wokół, że rzeczywiście zasługujemy na ów szacunek. Co – oczywiście(?)- nie gwarantuje, że spełnimy wszystkie i wszystkich warunki…

Mogę czynić sprawiedliwość każdego dnia traktując drugą osobę z przynależną jej/jemu godnością. Mogę. Nie wykracza to poza naszą ludzką umiejętność, sprawczość, możność czy intelekt. Zostaje więc pytanie: czy chcę? 

______

Foto: Martin Stranka

Smutek prawdy

Pokoncertowe refleksje. Berjozkele.

Wieczór pełen dźwięków, wspomnień kultury i życia, które odeszło. Życia, które było obecne i głośne tutaj, gdzie ja teraz buduję swoją codzienność. Została głucha i znacząca cisza. Teraz są nowe dźwięki, nowa kultura, inni ludzie…

Dzisiaj przed nami kolejny egzamin z otwartości, z gościnności, z wartości chrześcijańskich. Nie wpuszczamy imigrantów w nasze granice, nie otwieramy im miast, nie przygarniamy ofiar wojen, nawet jeżeli nas tak wiele razy ratowały obce otwarte ramiona. Wracają organizacje faszystowskie, nazistowskie klimaty, demonstarcje, segregacja na lepszych i gorszych. Jedynie słuszne poglądy i brak tolerancji dla pluralizmu, dla głosów rozsądku…

Koncert z kołysankami w jidysz oraz ostatnio widziany film Azyl (The Zookeeper’s Wife, 2017) nastroił mnie sentymentalnie za Polską, która już odeszła. Polską z milionami Żydów. Wtedy też zdawaliśmy egzamin z naszego człowieczeństwa. Jedni pod osłoną wojny mordowali, drudzy narażali własne życie by ratować.

Historie lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku z ust mojej Babci i dziadka, wydawały się krzyczeć smutkiem, bólem. Podsumowane zawsze odrobiną nadziei – nigdy więcej…! Ale czy zrobiliśmy jakiś krok do przodu? Czy czegoś się nauczyliśmy? Czy znów przed nami dramat wyborów na granicy światów życia i śmierci?

Przypomina mi się jeszcze jedna rozmowa. O bezpieczeństwie, o nastrojach wojennych, o niepewnej przyszłości. Usłyszałam, że trzeba być zawsze gotowym do ucieczki. Mieć zawsze benzynę w baku, bo nie wiemy gdzie i kiedy… Tyle w tych słowach lęku, ucieczki od życia, może od prawdy o nas samych. Ale czy ucieczka coś zmienia? Czy jest rozwiązaniem? Czy uratuje nas i czy uratuje nasze człowieczeństwo w nas samych?

Wiele we mnie złości, że tak wiele wysiłku potrzeba by zbudować kulturę, wartości, a potem barbarzyńcy przychodzą i niszczą dorobek setek lat, milionów żyć, cywilizacje tysiącleci… i tak w kółko. Smutne. Okrutne.

Tak bardzo potrzeba nam w Polsce szaleńców, nie mających lęku; wariatów, którzy nie patrzą wstecz, lecz mają serce, by budować nawet na zgliszczach. Ten mozolny trud, ten szaleńczy zapał, ten codzienny znój, kiedyś zatli się nadzieją, że rzeczywiście nienawiść, będzie już tylko smutną kartką historii.

Brzózka 

Cichuteńko potrząsa zielonymi lokami 
moja biała brzózka, modląc się z zapałem, 
każdy jej listek szepcze cicho modlitwę… 
Pomódl się, mała brzózko, także i za mnie! 

Przybyłem tu sam jak palec, z daleka 
Obcy mi tutejszy Bóg i mowa jego obca mi, 
Ani nie dojrzy on mego smutku, ani nie pojmie modlitwy, 
choć będę się modlił, modlił ile sił. 

Z dalekiego zachodu smutno zakradł się 
w jej cienkie gałązki różowy, czuły promień. 
Musnął ustami listki jej drobne w półśnie 
w półśnie nasłuchując słowika pieśń. 

Z szerokich pól nadleciał wiatr, 
opowiadał listkom legendy niezliczone… 
Gdzieś w głębi serca poczułem tęsknotę: 
Pomódl się, mała brzózko, pomódl i za mnie! 

Dovid Eynhorn 

Posłuchaj/poczytaj w jidysh>>>>>Di Berjozkele

Jesienne maki i klucze

 

Każdy ma jakąś wrażliwość, lub też wrażliwość na jakimś punkcie (w jakimś temacie). Jedna z moich „prze’wrażliwości” to natura. Mam prawdziwą słabość do wszelkich jej przejawów, do fauny i flory, do zjawisk od tych całkiem codziennych i przyziemnych jak i całkiem astonomicznych. Może łaczy się to z moim matematycznym umysłem? Nie wiem. Niektórzy podkreślają odmienność czy odrębność człowieka od/do natury. Ja odczuwam silne zespolenie.

Kocham naturę kontemplować. Przynosi mi wielką radość oglądanie jej przemiany i sezonowości. Wyczekuję niektórych zjawisk i one budują mój coroczny kalendarz klimatu umiarkowanego. W tym roku mieliśmy iście angielską pogodę, więc i natura nas zaskoczyła. Nie zawsze jednak negatywnie, jak twierdzą marudy. Jesienią ponownie zakwitły moje ukochane maki. Ot! taki prezencik. Nostalgicznie wpisały się w odcienie pożółkłej trawy i zgniłej zieleni. Towarzyszyły odlatującym ptakom. Ich klucze nad naszymi głowami i odgłosy nawet nocą, budują kimat jakże uroczej jesieni. Jesień, to zaraz po wiośnie, moja ulubiona pora roku. Pora barw i zapachów, we wszelkich fantazyjnych odcieniach. Chwilo trwaj i zachwycaj bez końca!

Patrialchalna kultura uczy nas zapominania o wrażliwości. Jednak wrażliwość jest wielką siłą, nie tylko kobiet. W dodatku jest lekarstwem na wiele dolegliwości płynących z przepracowanego ciała i umysłu! Chciałabym, abyśmy więcej wzruszeń, łez i uśmiechów rozdawali na co dzień, nawet przy lakonicznym „dzien dobry”. Wspólny zachwyt nad światem, jaki nas otacza może być źródłem naszej codziennej szczęśliwości powszedniej. Dzielmy się swoją wrażliwością jak najczęściej.

 

Interpretacja i czynnik ludzki

Jestem teolożką (aboslwentką teologii, jakby ktoś nie wiedział co to 😉 ) i zajmuję się od lat tematem interpretacji tekstu, głównie – Pisma Świętego. Zmagam się z trudnościami najczęściej tzw. czynnika ludzkiego, bo „co mówi tekst” to nie jest dziecinne pytanie z podstawówki.

Właśnie miałam okazję na własnej skórze doświadczyć, co znaczy czynnik ludzki w interpretacji prawa w Polsce. Trafiłam do sadu, gdzie pół roku zmagaliśmy się (?) z pytaniem, co mówi prawo, przepisy. Nie były to zawiłe paragrafy. Niemniej sąd uznał, że interpretacja należy do niego i przepisy może interpretować wedle własnego uznania. W końcu ma do tego prawo.

Nie zawsze jednak jedno prawo leży w interesie innego prawa, na przykład prawa sprawiedliwości, czy godności.

Czynniki ludzkie pozostały niezadowolone 🙂

W(y)pada

Jako nastolatka doszłam do wniosku, że cokolwiek znajduje się w stwierdzeniu po słowie „wypada” lub „nie wypada” należy wrzucić do kosza z odpadami nuklearnymi. Ja tylko słyszałam w głowie „nie możesz być sobą”.

Kiedy w wieku 21 lat wyprowadziłam się „na swoje”, postanowiłam być wierna sobie i zapomniałam wszelkie rady, typu „wypada/ nie wypada”. Zbudowałam własny świat od nowa, na własne życzenie i własne przekonania. Nie byłam jakaś tam znowu rewolucyjna, po prostu byłam sobą. Jak nie chciało mi się jeść, to nie jadłam. Jak chciałam spać, to spałam, nawet w bibliotece uczelni. Chodziłam gdzie chciałam, robiłam co chciałam.

Kiedyś zjadłam obiad za pomocą agrafki, bo na stancji nie wzięłam sztućców, było super smaczne! Zakupy spożywcze robiłam w oparciu o skład chemiczny produktów: białko, węglowodany, minerały… i ograniczyłam gotowanie do przepisów, które kosztują czasu max. 30 minut w kuchni. Kupiłam sweter za ostatnie pieniądze i do końca miesiąca karmiły mnie koleżanki 🙂 Sweter był tego wart! 🙂

Rozkwitłam i byłam najszczęśliwszą osobą na świecie.

Lubię sobie wspominać zabawne chwile, pełne głupawki zachowania, radość z łamania społecznych tabu. Ograniczenie nosimy w sobie i sami sobie nie dajemy szansy żyć, jak chcemy.

Czasami czytam o rewolucyjnych odkryciach kobiet, które pierwszy raz w życiu nie ugotowały obiadu rodzinie, lub nie posprzątały mieszkania i stały się dzięki temu ikoną narodową. Proszę! Dajmy sobie więcej luzu i po prostu prawo do życia, normalnego życia. Takiego bez zakazów, bez nakazów, ale w wolności wyrażania siebie. Po za tym, nie twórzmy sztucznej rzeczywistości, jaka nie istnieje. W każdym domu jest bałagan, są przypalone obiady i zepsute gniazdka elektryczne. Wszędzie dzieci nie chcą jeść zdrowego jedzenia, wszystkie matki są zmęczone i rano wyglądają jak zombie. Można tak jeszcze długo wymieniać spis powszechnych niedoskonałości. Kochani perfekcjoniści – dajmy sobie nieco luzu, bo inaczej czekają nas psychotropy 🙂 Proponuję codzienny luz jako dobrą profilaktykę depresji i nerwic 😉

Kobiety nie wierzcie powszechnej ideologii, że będziecie bardziej kochane, jak spełnicie społeczne oczekiwania. Te oczekiwania, to zwykła przemoc psychiczna! Dopiero w wolności człowiek rozkwita i kobiecość też. Bądźmy wolne, twórzmy własną odmianę kobiecości i cieszmy się sobą i życiem! 🙂

 

Niebyt podróżny na deser

Mój codzienny worek oczekiwań wobec dnia powszedniego jest zawsze zbyt wypchany. Brakuje więc często czasu na odpoczynek i przyjemności, bo zawsze jeszcze coś…

Obiecywałam sobie, że potem sobie odpocznę, że później sprawię przyjemność. Taką przyjemnością jest chociażby niczym nie zmącona lektura książek. Często w pośpiechu pracoholizmu, gdzieś biegnąc, łapałam w biegu deser w postaci nowo nabytej książeczki, która pachniała i nęciła: po wszystkim odpoczniesz ze mną. Leży taka na półeczce, lub gdzieś w przedpokoju jak nagroda, jak pokusa, jak trofeum. Czeka na mnie,a  ja na nią…

Tylko, że „potem” znów biegnę, tylko w innym kierunku… i tak nazbierało mi się sporo deserów, które czekają i leżą. Nawet się zastanawiam, czy czasami niektóry już nie jest przeterminowany?

Zabieram takie „desery” na moje podróże. Jeszcze po drodze na dworcu chwytam gazetę, lub dwie, gdzie są ciekawe artykuły. Zasiadam majestatycznie z całą stertą książek i gazet, po czym omdlewam w pozycji „na popielniczkę” i…

…budzę się na stacji końcowej.

Przyciskam moje „desery” lekturowe do siebie jak nietypową poduszkę. Z „deseru” przeradzają się w maskotkę, którą tulę do snu.

Och, przecież jest jeszczcze droga powrotna…

🙂

 

Deficyt wit D

Jestem zżyta z naturą i pogoda ma na mnie silny wpływ 🙂 Wiosna w tym roku jest bardzo kapryśna i nie mogę się doczekać tego niezwykłego przypływu sił, jaki zawsze dostaję dzięki ciepłu słońca i rozkwitu przyrody.

Niestety przebłyski wiosennej beztroski zaciera szaruga, deszcz, a nawet śnieg, który bezretensjonalnie pokrywa rozkwitłe już kwiaty. Z rozczarowaniem przyklejam nos do szyby, razem z moimi sierściuszkami, które rezygnują często ze spacerów i nocnych eskapad. Jest maj, a za oknem, jakby marzec …eh, tęskno do ciepła i beztroski lata.

 

Ludzie też jakby wciąż zaspani, przemykają chodnikami, schowani za kołnierzami lub parasolkami. Epidemiologiczny deficyt wit D owocuje brakiem uśmiechu i życzliwości. Na końcu pozostaje więc iskra nadziei, że Afryka zapomni o europejskich kolonialnych nadużyciach i łaskawie dmuchnie nam jakimś małym choć frontem z tropikalną temeperaturą 🙂

Póki co, niech kocyk i ciepła herbata pocieszają zimnymi wieczorami.

Tworzyć jako wyrażać

Tworzenie zawsze było dla mnie formą wyrazu, ale przede wszystkim potrzebą stwórczą, siłą „odśrodkową”, która pcha duchem ciało, by tworzyło wciąż na nowo. Niedawno jednak wzięłam udział w warsztatach malowania intuicyjnego, które ma przede wszystkim i jedynie: wyrażać to, co ukryte w naszych przestrzeniach psychiki, ducha. Jakim osobistym zaskoczeniem było odkrycie we mnie wrażliwości, o jaką się nie podejrzewałam. To znaczy zawsze wiedzialam, że jestem wrażliwa, ale nie wiedziałam, że aż tak 🙂

Brzmi zabawnie, szczególnie dla introwertyczki, która twierdzi, że zna siebie doskonale i dobrze eksploruje własne zakamarki przestrzeni psychiki. Ale jednak byłam sama dla siebie zaskoczeniem. Zaskoczyła mnie intensywność emocji. Zaskoczyła mnie moja ekspresja twórcza, która w końcu chciała coś stworzyć, ale jednak dała sobie prawo przede wszystkim wyrazu.

Ów „wyraz” nie ma form narzuconych przez jakieś normy, używa faktury, koloru i kształtów dowolnie. Mój umysł nie uciekł jednak od ksztatłów, które zna i kocha, które są mu bliskie. Chyba jeszcze nie dojrzłam do całkowitego malowania abstrakcyjnego, lub nie mam takiej potrzeby teraz.

      

Miałam wziąć udział w warsztatach tylko przez parę godzin, ale zadzałały jak narkotyk. Wracałam przez kilka następnych dni. W sumie stworzyłam około dziesiąciu obrazów. Wszystkie jako ekspresję emocji. Czasem musiałam zdrzemnąć się po zajęciach, zmęczona siłą wyrażanych emocji.

Otwierające doświadczenie.

Dla tekiej pracoholiczki i społeczniczki, jak ja – ważna lekcja życia – żyjemy tutaj TEŻ DLA SIEBIE 🙂

Terapia różem :)

Wiele lat temu obrzydziłam sobie kolor różowy jako synonim „głupiej blondynki”. Kojarzył mi się jednoznacznie z infantylnością, zagubieniem, słabością i neurotycznym szukaniem akceptacji poza własnym „ja”.

Odkąd pamiętam walczyłam ze sterotypizowaniem kobiet jako istot pozbawionych poczucia własnej wartości, zagubionych i upośledzonych umysłowo (jakkolwiek to rozumiemy). Kultura polska jest wybitnie szowinistyczna na tle reszty Europy, więc codzienność dawała mi wiele możliwości w zderzeniu z taką formą myślenia.

Nie było więc mowy bym kupiła sobie różowa bluzkę, a córce różowe śpioszki. Kiedy Zosia skończyła 2 lata, otworzyła swoją szafę i stwierdziła, że nie ma w co się ubrać 😉 Chodziło oczywiście o brak ubrań w kolorze różu. No i musiłam nadrobić braki zakupami. Co za koszmar! 🙂

Zosia codziennie „atakowała” mnie swoim zachwytem nad wszystkim, co różowe. Nawet książki, które jej kupowałam, miały być różowe.

W końcu zauważyłam, że sama sterotypizuję we własnej głowie! Poczułam auto-frustrację 🙂 Zabrałam się więc za rekonstrukcję stereotypu i nadanie mu nowych znaczeń. Nie było łatwo. Na szczęście moja osobista terapia różem trafiła akurat na sezon modnego różu w sklepach i oto po 30 latach pierwszy raz kupiłam sobie różowy sweterek (dokładnie to był zgaszony róż, ale zawsze – róż!)

Ale mam zabawę sama ze sobą! 🙂 🙂 🙂

Namysł nad sobą uważam za równie ważny jak namysł nad całą kulturą, w jakiej żyjemy. Nawet, jeżeli przybiera takie uproszczone i zabawne schematy, jak ten opisany powyżej.

 

Harmonia różnorodności

Wiele lat temu z objawami przemęczenia trafiłam do lekarza. Spytał mnie, jak odpoczywam. Powiedziałam, że studiując.

– A co Pani robi na co dzień? – spytał

– Pracuję na uczelni.

Dopiero wtedy, kiedy usłyszałam samą siebie (lekarz się ze mnie śmiał), zrozumiałam, że chyba się zapędziłam. To był mój ważny krok do zmian mentalnych.

Nauczyłam się celebrować róznorodność. Już nie traktuję po macoszemu swoich artystycznych talentów, tylko korzystam z ich wrażliwości. Odpoczywam dzięki sztuce od dnia codziennego, który spędzam z  ludźmi. Wróciłam  do sportu. Mam dwa koty, a od 5 lat ogródek przy domu, gdzie eksperymentuję ze skalniakami. No i śpię, ile mogę (tzn. na ile pozwolą mi dzieci).

Jeszcze parę razy zdążylam się przemęczyć, bo mam problem z perfekcjonizmem. Teraz jednak wiem, jak odnaleźć harmonię.

Moja własna harmonia nazywa się: różnorodność.

Muzy codzienności i muzy duszy

Nie pamiętam, abym kiedykolwiek „złapała” z własną mamą jakieś porozumienie. Nie musi być od razu „porozumienie serca”, ale przynajmniej jakiś poziom komunikacji werbalnej, psychicznej. Nic. No trudno. Jak byłam dzieckiem, bardzo mnie to smuciło i było częstym tematem moich dramatów.

Od zawsze więc szukałam kogoś, kto tą lukę serca uzupełni. Na szczęście była kochana Babcia Anastazja, która otoczyła mnie swoim sercem i mądrością. Jestem strasznie wdzięczna, że spotykałam wiele „muz”, w których odnajdywałam inspirację, natchnienie, przykład. Do dziś je spotykam! To niezwykłe, jak wiele pięknych ludzi nas otacza. Trzeba ich jednak nie szukać siedząc przed telewizorem. Oni są tam – w przwdziwym życiu – działają, żyją, rozdają siebie innym. Tak często nawet nie wiedzą, ile piękna mi dają.

Mam też artystyczną duszę (podobno umysł ścisły i sztuka nie idą w parze – ale to nie prawda, ja w środku mam oba światy, nie walczą ze sobą 😉 ). Kocham więc czytać poezję, kocham teatr, malarstwo. Potrzebuję więc innych artystów, by w ich towarzystwie nawet pomilczeć; wspólnie dzielić jeden oddech wrażliwości.

Ten dziecinny brak wykształcił we mnie umiejetność szukania cennych osób i  inspirowania się nimi. Myślę, że każdy z nas potrzebuje takich osób, takich znaków na drogach własnej codzienności. Nie muszę wziąć z nich 100%, czasem wystarczy 5%. Taki swoisty eklektyzm 🙂 który układa się wedle mojego własnego kodu wewnętrznej spójności.

Radość brania.

Obraz: Christian Schloe

Przelotny dotyk ziemi

Niedługo dobije 40-tki i widzę cywilizacyjne zmiany w moim otoczeniu. Moje dzieci jeszcze są w przedszkolu i już potrafią obslużyć komórkę, nagrywają filmiki, robią zdjęcia, uczą się pisać na klawiaturze komputera, orientują się w nowych gadżetach itp. Pamiętam jak mój synek, siedząc zmęczony w wannie wieczorem, powiedział do mnie: „Mamo, chce dostać komórkę i tablet”. Miał wtedy niewiele ponad 3 lata. Rozbawiło mnie to bardzo (tego się dzieci uczą od siebie w przedszkolu!). Ja pierwszą komórkę miałam dopiero ok. 24 roku życia. Pamiętam, jak się opierałam, aby jej nie mieć i nie być zbyt dosępna na telefon. 🙂 Czy ktoś z młodych pamięta jeszcze takie czasy? To było bardzo wygodne, tak po prostu kontaktować się czasami –  introwertycy mieli się, „gdzie” schować 🙂

Zmieniam się w końcu ja sama, nie tylko moje otoczenie. Nabieram dystansu do coraz większego zbiorów spraw i tematów. Przyglądam się, jak dochodzi do przemian spełeczeństwa, a jak wiele spraw o dziwo się nie zmienia. Z zaskoczeniem reaguję na pewne zjawiska, gdzie konserwatyzm uwstecznia pewne postawy społeczne. Czasami zmiany są małe a bardzo znaczące, niekiedy są wielkie i cieszą oko. Świat i życie pędzi zarówno wtedy, kiedy ja bięgnę w tym zamieszaniu z zadyszką  i świetlną prędokością, jak i wtedy, kiedy stoję obok oniemiała.

Przyglądam się życiu i brakuje mi mojej Babci. Chciałabym posłuchać, jak reagowała na podobne zmiany u siebie? Pamiętam, jaką radość sprawiło jej rozmawianie ze mną na skype. Marzę o takiej łączności i kontynuacji, gdzie moje wrażenia i emocje, ona uzupełnia swoimi. A tak dotykam ziemi i życia tylko chwilę, jak ona. Każda z nas stąpa jednym krokiem i już nas nie ma… Chwilę małą trwa życie i trudno rozciągnąć je poza „teraz”.