radosny paradoks deficytu

autor: dnia: 13 marca 2012

Im mniej mamy, tym więcej/głębiej doceniamy.

Ja obecnie – np. CZAS! :)

Posiadając niewiele, staramy się konsumować uważnie i powoli. Chociażby dlatego, by starczyło na dłużej, bądź by tą chwilę pamiętać, kiedy nie będziemy już mieli nic. Choć stan posiadania ‘niewiele’ jest trudny z rożnych powodów, czyni swojego ‘posiadacza’ miłośnikiem. Można być miłośnikiem wielu rzeczy, spraw i zjawisk.

Niestety jako naród wręcz lubimy się fascynować własnymi brakami, zamiast rozmiłowywać w naszym ‘małym’.  Ale to tylko stereotypy i nie o tym dziś myśl.

Podobno najszczęśliwsi w badaniach socjologicznych okazali się najbiedniejsi. I w tym właśnie coś jest. W obfitości jakoś człowiekowi mdło lub leniwie. Kiedy jednak doświadcza braku, budzi się z własnego snu. Bystrzeje, wytęża zmysły, napina mięśnie, kombinuje. A kiedy osiąga swoją małą ‘wisienkę na torcie’ rozkoszuje się w pełni radości.

Tylko ten ludzki apetyt zawsze przekracza nasze potrzeby. Apetyt mamy nieskończony. Ale teraz modne diety…

Ach ten świat paradoksów: diety w czasach konsumpcjonizmu i radość deficytu…

cisza przed burzą…

autor: dnia: 2 sierpnia 2011

Całkiem niezwykły czas spokoju mam od kilku dni. Udało mi się nawet przeczytać książkę z kategorii „dla relaksu” – czyli taką niezobowiązującą, całkiem bez „interesu” w postaci eseju do napisania, lub poszerzenia wiedzy zawodowej. Wybrałam „Adrian Mole. Sekretny dziennik lat 13 i 3/4″ Sue Townsend. Znalazłam ją w drogerii (sic!) za całkiem małą sumę pieniędzy i włożyłam do koszyka między żarcie dla kota i płyn do płukania prania. W jakich to czasach się żyje, że książki stoją między szamponem a spinkami do włosów 8}

Wczoraj czytałam i się chichrałam, ze śmiechu aż mnie brzuch rozbolał. Miła była również świadomość, że oto czytam sobie dla relaksu, od kilku lat bowiem nie mam na to czasu. Termin narodzin Stasia zbliża się wielkimi krokami i podejrzewam, że przed nami następne miesiące, gdzie „relaks” i „czas wolny” będą z naszego codziennego języka i doświadczenia raczej wymazane…

Poniżej mały fragment opisujący wycieczkę nastolatków do muzeum dla Waszego uśmiechu ;) :

Wycieczka klasy 4D do Muzeum Brytyjskiego:
7.00 wejście do autokaru
7.05 zjedzenie suchego prowiantu na obiad, wypicie niskokalorycznego napoju
7.10 autokar zatrzymuje się, bo Barry’ego Kenta zemdliło
7.20 autokar zatrzymuje się, bo Claire Neilson musi iść do toalety
7.30 autokar opuszcza teren szkoły
7.35 autokar zawraca do szkoły po torebkę pani Fossington-Gore
7.40 zauważono, że kierowca autokaru dziwnie się zachowuje
7.45 autokar zatrzymuje się, bo Barry’ego Kenta znowu zemdliło
7.55 dojazd do autostrady
8.00 kierowca zatrzymuje autokar i prosi wszystkich, by przestali robią nieprzyzwoite gesty pod adresem kierowców ciężarówek
8.10 kierowca traci panowanie nad sobą i odmawia wjazdu na autostradę, dopóki „cholerne belfry nie zapanują nad dzieciakami”
8.20 pani Fossington-Gore udaje się nakłonić wszystkich, by usiedli
8.25 wjazd na autostradę
8.30 wszyscy śpiewają Włazi mucha na ścianę
8.35 wszyscy śpiewają Smarka mucha na ścianę
8.45 kierowca bardzo głośnym krzykiem przerywa śpiew
9.15 kierowca zatrzymuje się na stacji benzynowej i na oczach wszystkich pociąga z piersiówki
9.30 Barry Kent rozdaje batoniki czekoladowe, skradzione w sklepie samoobsługowym na stacji benzynowej;
pani Fossington-Gore wybiera baton Bounty
9.40 Barry Kent wymiotuje w autokarze
9.50 dwie dziewczyny obok Barry’ego Kenta też wymiotują
9.51 kierowca odmawia postoju na autostradzie
9.55 pani Fossington-Gore zasypuje wymiociny piaskiem
9.56 pani Fossington-Gore wymiotuje jak kot
10.30 autokar wlecze się po utwardzonym poboczu, pozostałe pasy zamknięte z powodu remontu
11.30 autokar zbliża się do zjazdu z autostrady; na tylnym siedzeniu wybucha bójka
11.45 koniec bójki; pani Fossington-Gore odnajduje apteczkę i opatruje rany; Barry Kent za karę siada obok kierowcy
11.50 autokar psuje się na londyńskim przedmieściu Swiss Cottage
11.55 kierowca załamuje się na oczach mechanika z pomocy drogowej
12.30 klasa łapie autobus do dworca St. Pancras w centrum Londynu
13.00 klasa idzie na piechotę z St. Pancras przez dzielnicę Bloomsbury
13.15 pani Fossington-Gore puka do drzwi Tavistock House i pyta, czy dr Laing zechciałby szybko zbadać Barry’ego Kenta; okazuje się, że dr Laing przebywa na wykładach w Ameryce
13.30 wejście do Muzeum Brytyjskiego; Adrian Mole i Pandora Brathwaite słupieją z podziwu w obliczu dziedzictwa światowej kultury; reszta klasy 4D biega jak opętana, śmiejąc się z nagich posągów i uciekając przed kustoszami
14.15 pani Fossington-Gore w stanie zapaści; Adrian Mole telefonuje do dyrektora szkoły na koszt rozmówcy; dyrektor jest na wiecu strajkowym personelu stołówki, nie wolno mu przeszkadzać
15.00 kustoszom udaje się wyłapać członków klasy 4D i zmusić ich, by usiedli na stopniach Muzeum
15.05 amerykańscy turyści fotografują Adriana Mole’a jako przykład „uroczego angielskiego uczniaka”
15.15 pani Fossington-Gore dochodzi do siebie i prowadzi klasę na wycieczkę krajoznawczą po Londynie
16.00 Barry Kent wskakuje do fontanny na Trafalgar Square, co Adrian Mole przewidział już wcześniej
16.30 Barry Kent znika; ostatnio jest widziany w drodze do Soho
16.35 przybywa policja, zabiera klasę do furgonetki policyjnej i załatwia autokar na drogę powrotną; telefoniczne powiadomienie rodziców o nowej godzinie powrotu; telefon
do dyrektora do domu; Claire Neilson dostaje ataku histerii; Pandora Brathwaite oświadcza pani Fossington-Gore, że ta przynosi wstyd zawodowi nauczyciela; pani Fossington-Gore zgadza się złożyć wymówienie
18.00 Barry Kent zostaje odnaleziony w sex-shopie i oskarżony o kradzież kremu „na powiększenie” oraz dwóch „łaskotek”
19.00 autokar opuszcza komisariat pod eskortą policji
19.30 policyjna eskorta macha na pożegnanie
19.35 kierowca autokaru błaga Pandorę Brathwaite o zaprowadzenie porządku
19.36 Pandora Brathwaite zaprowadza porządek
20.00 pani Fossington-Gore pisze na brudno prośbę o wymówienie
20.30 kierowcę autokaru ogarnia szosowe szaleństwo
20.40 powrót; opony dymią; klasa 4D sztywna z przerażenia; pan Scruton odprowadza panią Fossington-Gore; rodzice wzburzeni; policja zatrzymuje kierowcę autokaru.

dobrze wyglądam?

autor: dnia: 22 lipca 2011

Mieszkam obecnie przy Pl. Zbawiciela w Wwie. Oglądam sobie tutaj przechodniów i tłumnych bywalców kafejek. Oni też oglądają siebie. W zasadzie mam wrażenie, że właśnie po to tu są: by oglądać i być oglądanymi. Kultura wyglądu. I co mogę powiedzieć? W odpowiedzi na ich intencje i oczekiwania: że dobrze wyglądają!!! ;) Są wiernym odwzorowaniem kolorowych gazet i reklam. Dzięki nim nie muszę nawet tych gazet oglądać, oglądam ich wpływ na młode pokolenie – ową inkarnację i przejaw. Wynik końcowy uważam za doskonały – zrealizowany!

Ciekawa jestem co za tą fasadą się kryje? Jakie myśli i egzystencjalne bolączki przelatują synopsami? Z jakimi pytaniami zaczynają dzień? Z jakimi odpowiedziami go kończą? Czy szukają czegoś więcej niż kolejnej osoby świetnie wyglądającej, niż kolejnego wzroku na nich samych…

Nie wierzę w życie, w którym wystarczy wyglądać. Codzienność jest zbyt okrutna, by zamknąć serce, otwierając oczy. Życie jest zbyt wielopłaszczyznowe, by się przez nie prześlizgnąć…

…ale to chyba rzeczywiście kwestia WIARY

;)

czasopismo mdłości

autor: dnia: 22 lipca 2011

Wpadło mi w ręce poczytne, dosyć grube czasopismo dla kobiet. W zasadzie nie wiem, czy nie używam zbyt wielkich słów do opisania tych kolorowych kartek? W każdym bądź razie kosztuje to ok. 10 zł i wychodzi co miesiąc. Na okładce zawsze ktoś znany, poprawiony bezbłędnie i przesadnie w Photoshopie. „Dokopanie” się do pierwszego tekstu, który by zwrócił moją uwagę kosztuje pierwszą frustrację: otóż trzeba się przedrzeć przez dosyć spory wstęp kolorowych kartek z reklamami… po n-tej kartce zadaję sobie pytanie „gdzie ja jestem?” i „czy kiedykolwiek się zacznie ta gazeta”? Omyłkowo pomijam spis treści, bowiem wygląda jak kolejna reklama. W końcu jest! – pierwszy artykuł. Dzięki niemu poznaję panią, z którąś ktoś zrobił wywiad w zasadzie chyba tylko dlatego, że jest bardzo bogata. Pani więc opowiada o perypetiach swojej codzienności, a ja ziewam… Jedyne, co wynoszę z tych stron, to wniosek, że pani w końcu doszła do przekonania, że chce coś robić, a nie tylko posiadać. No cóż, może i bardzo ważne przesłanie w świecie, gdzie wiele osób robi coś tylko po to, by mieć. Następny artykuł to szereg wywiadów z paniami (znane aktorki, dziennikarki, wokalistka, nawet jakaś pani polityk) na ten sam temat: „jak schudłam?” Totalna porażka. Ziewam i z przerażeniem się zastanawiam: jak to możliwe, by w takie zagadnienie wpisywać tyle emocji i pasji? 8}

Na szczęście odnalazłam dwa ciekawe artykuły. Jednak „przedarcie” się do nich przez niekończące się kartki z kolorowymi reklamami było niezwykle męczące. Gazeta posiada chyba ze 100 stron. 90 z nich całkiem niepotrzebnie.

Kiedyś podobną gazetę przyniosłam dziewczynom na lekcję religii, którą prowadziłam. Poprosiłam by wyrwały kartki z reklamami, prawie nic nie zostało, a na tych pozostawionych kartkach ja wyrwałam jeszcze sporo z uwagi na tzw. „krypto-reklamy”.

Oto „treść” czasopisma dla kobiet? Podobno stereotyp mówi, że mężczyźni są wzrokowcami? Teraz jesteśmy nimi wszyscy, kamieni obrazem bez treści aż do uczucia mdłości.

radosne bogactwo zamiast świętego spokoju

autor: dnia: 10 kwietnia 2011

Położenie geograficzne ma znaczenie. Nasze obecne mocno wpływa na codzienność, cowieczorność i conocność ;) i przyprowadza nam sporo gości ..więc i dużo radości ;)

Wysłuchuję nieraz, że przeprasza ktoś za zakłócanie świętego spokoju, za ‘zawracanie głowy’  i tym podobne. Cóż za nietrafność oceny!!!! Częste ‘nawiedzenia’ przynoszą bowiem niezmierne bogactwo rozmów, poglądów, dialogów, perspektyw, horyzontów, głębin ludzkiej egzystencji w wymiarze społecznym. Piękne!

Nie da się tego przeliczyć na ilość wypitych kaw, herbat, zjedzonych kolacji, upranej pościeli czy niewyspania po ‘nocnych Polaków rozmowach’ ;) W pamięci i naszym duchowym bogactwie pozostaje zawsze miłe wspomnienie. To taka mała skarbonka, do której ktoś zawsze dorzuci swoją obecnością cenny dar.

Przyrównałabym tą radość gościnności z otwarciem okna wiosną. Póki go nie otworzymy, nie zachwycimy się pięknem do końca. Dopiero świeże powietrze, zapach kwiatów, zieleni ożywia całą przestrzeń. Gościom otwieramy raczej drzwi bo akurat obecnie mieszkamy na 7.piętrze ;) Ale każde te ‘otwarcie’ (się) wnosi do przestrzeni naszego domu świeży podmuch bogactwa ludzkiej mądrości współegzystencji {z kontekstu można wyedukować, że odwiedzają nas same cenne osoby!}.

Mamy więc bogactwo. Bardzo miłe w dodatku. A jak to powiadają ‘od przybytku głowa nie boli’ ;)

patrzeć mi nie wystarczy

autor: dnia: 8 marca 2011

Uwielbiam piękno! Nie będę się rozwodzić na temat teologii piękna, jaką rozwijają teolodzy wschodni, jednak kilka westchnień z codzienności dorzucę.

Lubię się pochylić nad każdym pięknym elementem: niezależnie czy architektonicznym, czy też całkiem miniaturkowym… Oczywiście gust jest sprawą indywidualną, jednak piękno ukryte w dopracowanych szczegółach zawsze przykuwa wzrok szerszego grona. Piękno nie tylko poprawia mi nastrój, ono mnie również inspiruje. Nie wystarczy mi je kontemplować, ono mnie pcha ku tworzeniu. A dopiero radość stworzenia daje pełną satysfakcję.

Jeszcze tylko ukraść codzienności czas by popełnić tą przyjemność tworzenia i już radość zupełna… ;)

doczekanie

autor: dnia: 8 marca 2011

Wczorajszy dzień uważam, za oficjalne rozpoczęcie sezonu przedwiośnia! Piękne słońce skłoniło mnie w końcu do mrużenia oczu 8) mmrrrrrrrrrr… Kocham słońce. Nie wiem, czy przypadkiem pomiędzy zwojami mojego mózgu nie ma jakiś pędów kwiatów, które potrzebują do swoich chloroplastów i fotosyntezy właśnie promieni słońca… whatever… w każdym bądź razie uzależniona jestem od tych cudnych promieni bardzo i lubię te swoje uzależnienie ;)

Z tejże słonecznej okazji wypiłam toast z soku malinowo-marchwiowego idąc przyjemnie suchym chodnikiem betonowej stolicy.

Dzisiaj znów niebo kusi głębią jasnego błękitu.

Od teraz sił będzie przybywać!

Życzę wszystkim głębokiego oddechu o zapachu wiosny!!!!! ;)

nosowe reminiscencje

autor: dnia: 14 lutego 2011

Przez chwile do stolicy dotarło powietrze, którego zapach tak bardzo kocham. Ten zapach zapowiada wiosnę! Najbardziej kojarzy mi się z późnymi zimami, jak mieszkałam we Wrocławiu. Tam bowiem wiosna przychodzi zawsze wcześniej.

Przed Wrocławiem mieszkałam w Białymstoku, więc ‘krainie białych niedźwiedzi’ i oczekiwanie na wiosnę mogło wpędzić w sezonową depresję. Wiosna bowiem łaskawie i całkiem leniwie pojawiała się około kwietnia. Zawsze sobie żartowaliśmy ze znajomymi, opowiadając anegdotę – jak to jest na Syberii: „u nas zima tylko od września do czerwca, a potem to lato i lato….”

Wrocław więc był piękną odmianą dla kogoś, kto nie przepada za zimą. A wiosna piękna we Wrocławiu. W dodatku zakochałam się we Wrocławiu akurat w czasie konstytuowania się swojej dorosłej tożsamości. Człowiek wtedy ‘zdobywa świat’ i ‘rozpościera skrzydła’ swoich marzeń. Stąd sentyment zawsze powraca w strony dolnośląskie. No i warto dodać, że się tam bardzo zakochałam w przystojnym strasznie chłopaku. Te randki i spacery były po prostu cudowne. Wrocław ma tyle pięknych miejsc, więc zakochani mają gdzie się ‘szwendać’.

Tak więc kilka dni poprzedniego tygodnia namiętnie wąchałam powietrze warszawskie, choć może być to dosyć ryzykowne, szczególnie, że mieszkam w centrum. Niemniej romantyzm puścił pierwsze pędy w moim sercu… Ach!

Dzisiejszy mróz zatarł zapach. Było za to słońce…

autor: dnia: 14 lutego 2011

Dziś te piękne słońce świeciło nie tylko dla zakochanych (w końcu to 14.luty), ale i dla naszej parafianki, Agnieszki, którą pożegnaliśmy na cmentarzu…

Mam nadzieję, że choć troszkę tego słońca przedostało się przez chmury rozpaczy do jej 16letniego syna…

czas spłyca, człowiek pogłębia

autor: dnia: 30 stycznia 2011

Często martwię się, jak uciekający czas spłyca chwile, nad którymi nie zdążymy się rozmyślić wystarczająco głęboko. Gnamy szybciej, niż byśmy chcieli i czas wciąż okrutny, nie daje nam od swego biegu odpocząć. Pośpiech tak spłyca nasze tęsknoty serca, zawęża horyzont duszy, zacieśnia szeroko rozpostarte skrzydła naszego bycia. Wtedy właśnie tęsknię do nieba, w którym marzę by starczyło mi czasu na to, co podziwiam i kocham… i na wiele innych mniej ważnych cudowności ;)

Nie można jednak w tym biegu ominąć człowieka. Każdy bowiem jest jak studnia. Trzeba się więc zatrzymać i głęboko zajrzeć wgłąb. Patrzeć intensywnie póki w głębi toni odbije się albo czasem chmura, albo słońce… ale zawsze odrobina nieba. Do nieba tego warto czekać, dobić się i tęsknić.

Na brzegu tej studni czasem trzeba zawołać cicho wierszem, a czasem głośno i dobitnie wykrzyczeć bolesną prawdę. Wrzucam tam niekiedy kamyk mały by usłyszeć ten odgłos wpadania w niezmierzoną toń. Lubię ten odgłos ‘plum!’ ;)

Każda studnia kryje swoją tajemnicę. Jedne tajemnice pachną dawno przekwitłymi różami, wiatrem polnym i nieskończonością marzeń. Są też studnie zapuszczone, zgniłe i zapomniane. Są studnie, od których oderwać się trudno i zostajemy przy nich na dłużej… zapuszczając wgłąb pędy dzikiego wina.

A jaką my jesteśmy studnią? Co z nas czasem ‘wyłazi’? Czy jaszczurka, kwitnące pędy czy…?

„zaskok” :P

autor: dnia: 4 stycznia 2011

Niespodzianki są bardzo niezależne, samodzielne i nie pytają o zdanie. Potrafią odwrócić życie do góry nogami. Bez nich codzienność mogłaby czasami przynudzać. One jednak nie pozwalają przespać, zaspać czy nie zauważyć. Niespodzianki są jak Mała Mi z Muminków. Dopną swego! I to właśnie ich niepowtarzalny urok.

Ale jak je nie kochać ;)

pomyśl…

autor: dnia: 2 grudnia 2010

zimowy puszek okruszek

autor: dnia: 1 grudnia 2010

Śnieg ukrył niedoskonałości Warszawy pod sobą. Póki nie zamieni się w błoto wszystko wygląda jak po remoncie (przynajmniej po malowaniu, rzecz jasna – na biało). Taka prawdziwa zima w stylu klimatu kontynentalnego, mroźno i słonecznie. Zupełnie jak zimy mojego dzieciństwa. W końcu nieco mnie przywiało w kierunku wschodnim. Warszawa to nie Białystok, ale już całkiem blisko. Poza tym tak wielu tu spotykam znajomych waśnie z Białegostoku, że właśnie mam wrażenie, że nie sprowadziłam się do stolicy, lecz do „Białego”.

Adwent każe się zatrzymać na refleksję, ale chyba nie duchownym. Tyle jest imprez i tyle dodatkowych wydarzeń, że trudno pomieścić to w jednym kalendarzu. Ale sceneria adwentowa jak z bajki, tej industrialnej co prawda, ale zawsze coś.

Jednak czas relaksu, ewentualnie – czas odmiany od codzienności – czasem wyrywam wbrew rozsądkowi. Na głowie bowiem cała lista spraw „na wczoraj” i jestem spóźniona niesłychanie z terminami… Jednak miło jest spędzić kilka godzin z siostrą po sklepach bez martwienia się o małą Zosię. Co za radocha spędzić kilka chwil „bez sensu” – czyli tylko oglądając asortyment w sklepach. Fajnie by było jeszcze się przejść ulicami bez celu. Mam nadzieję, że niedługo się uda ;)

na czarno…

autor: dnia: 25 listopada 2010

Chorobą ciała jest jego śmiertelność. Chorobą duszy, jej nieśmiertelność. Te sprzeczności romansują ze sobą we wspólnym tańcu, zwanym życiem. Obie powodują ból paradoksu… zwany bólem egzystencjalnym. Czy można uciec od neurotyzmu na cmentarzu? Nie wiem. Takiemu melancholikowi, jak ja na pewno trudniej. Wtedy powtarzam sobie, że mój lęk jest najbardziej znanym uczuciem ludzkości. Mijam nieznane mi twarze i wiem, że w zakamarkach ich serc te same pytania… Te same łzy i ten sam ból.

Płakać z płaczącymi jest najtrudniej, bo sami byśmy chcieli uciec od własnego bólu, a tu czeka jeszcze ten dodatkowy. Do kielicha goryczy dolewamy kroplę smutku naszej bezradności. Pozostaje BYĆ blisko. Tylko tyle… i aż tyle.

ps. nic mi nie jest, ot taką sobie pracę wybrałam…

łazienkowe refleksje

autor: dnia: 13 listopada 2010

Od ponad tygodnia nie mamy ciepłej wody. No cóż – w końcu mieszkamy w stolicy, czyli w największej polskiej wiosce… Czajnik elektryczny więc non stop prawie pracuje z małymi przerwami. Umycie się nie jest takie oczywiste i kosztuje gimnastykę nie tylko fizyczną ale i logistyczną. Kiedy polewam się kubeczkiem ciepłej wody i marznę między jednym chlustem a drugim, aby jakoś nie kląć w myślach, staram się rozmyślać na temat życiowego doceniania z pozoru prostych rzeczy/spraw/zjawisk naszej codzienności. Przypominam sobie również moje różne przygody, kiedy to na wyjeździe na Białorusi przez 4 tygodnie się myłam podobnie, tylko że w zimnej wodzie. Najgorsza jednak nie była zimna woda w wiadrze, lecz towarzystwo innych dziewczyn, przy których trzeba było się rozebrać i umyć. Nie drzemie we mnie nawet krzta ekshibicjonizmu, więc zniosłam to z bólem. Rok wcześniej na Ukrainie nie było weselej, szczególnie, że odwiedzałam tam z grupą misyjną małe biedne wioseczki. W końcu podczas niejednych wakacji spędzonych u Babci na wsi, kiedy nie miała jeszcze łazienki, myliśmy się podobnie. Pamiętam, że razem z moim rodzeństwem nie widzieliśmy w tym nic przykrego, czy utrudniającego życie. Zabaw przy misce z wodą za to nie było końca…

Cóż, tyle wspomnień i tyle refleksji tylko z powodu braku ciepłej wody ;)

ps. wyrazy podziwu dla naszych gości w tym czasie, którzy nie zrazili się spartańskimi warunkami i mile z nami spędzili czas ;) {na pewno mają co wspominać, hahaha ;) }