Spalenizna marzeń

Marzyć, marzyć…, zaprzedać duszę i serce chmurom, patrzeć odważnie w słońce! Jest taka część mnie. Ukryta w prawej półkuli mózgu, ucieczka od racjonalności. Zalewa się emocjami, upaja nimi do utraty poczucia realności…

Zdarzyło się nie raz, że zbyt mocno uwierzyłam własnym marzeniom. Aby stały się realne poświęciłam wiele z siebie, dałam 120%,ciężko pracowałam, przekonywałam innych, walczyłam, biłam się z przeciwnościami, uparcie brnęłam, zamykając się na głosy zwątpienia i powątpiewania innych.

Wytrwałość przypłaciłam zmęczeniem, za sukcesy zapłaciłam łzami, potem i krwią. I niestety często zosałam na polu bitwy po prostu SAMA.

Nikt inny nie był w satnie tak wiele poświęcić. Nikt inny nie był tak szalony, pozabawiony kalkulacji, tak oszołomiony nadzieją spełnienia. Nikt nie chciał zapłacić tak wiele…

Nadzieja umiera ostatnia? Owszem, czasem mam ją dawno za sobą. Reanimuję coś, co nie ma racji bytu…

Dym z osmalonych, spalonych marzeń brudzi moją twarz. Tylko łzy mogą ją oczyścić. Tylko one mogą wciąż trwać na zgliszczach. Nie ma już tu nikogo, oprócz nich i mnie…

Nie zażywać trucizny

Niedawno wysłuchałam przykrej historii, można rzec – z piekła rodem. Te piekło sami sobie nawzajem, jako ludzie, budujemy. Piekło owo można nazwać: relacje przemocowe. Ktoś jest agresorem, ktoś ofiarą. I tak w kółko toczy się dramat, aż ktoś znajdzie się w szpitalu, w grobie, bądź w depresji lub też nie wytrzyma i odejdzie.

Trudno zobaczyć będąc w tej relacji, że jest coś nie tak. Tak trudno nam bowiem uwierzyć własnemu bólowi, własnej krzywdzie, własnej nieodporności na ból i poniżenie.

Po tej przykrej rozmowie miałam dziwne uczucia, dziwnie zareagowało moje ciało: bolała mnie głowa, zrywało mnie na wymioty, prawie omdlewałam. Myślałam, że to jakiś wirus. Położyłam się do łóżka. Rano jednak już wiedziałam, że to nie wirus. Sny przyszły mi z pomocą. To moje ciało pamiętało, jak wiele wycierpiałam w takich właśnie relacjach. Byłam nawet we wspólnocie, która opierała się na silnej przemocy psychicznej. Po 20 latach trudno mi uwierzyć, że sama przeżyłam tak wiele upokorzeń i bólu. Dzisiaj to tylko cień przeszłości, który wraca z opowieściami innych.

Jedynym lekarstwem jaki znam jest: nie zażywaj trucizny!

W relacjach przemocowych często ofiara staje się agresorem, a agresor bywa też ofiarą. Ktoś z zewnątrz może jednak przerwać tą patologię, może być wybawicielem. Oby tych wybawicieli było jak najwięcej. Widzę na co dzień jak wiele przemocy otacza nas w relacjach społecznych w Polsce: w mediach, w polityce i przestrzeni społecznej różnej maści.

Ot nasz mesjanizm – przemoc psychiczna na każdym kroku. Polak Polakowi wilkiem. Przykre.

Nie zażywajmy więcej tej trucizny!

Odporność medialna

Miałam problemy ze wzrokiem od szkoły średniej. Astygmatyzm. Lekarze polecili ograniczyć oglądanie telewizji. Kino zażywać rozważnie i wszelkiego rodzaju obraz „ruchomy” miałam dawkować z przemyśleniem, wiedząc, że mi szkodzi.

Już po pewnym czasie zauważyłam, że skutkiem mojej „nowej diety” jest nowy dystans wobec wielu „gorących” tematów politycznych i obyczajowych. Zwyczajnie omijał mnie emocjonalny dyskurs dostępny wszystkim na bieżąco uczestniczącym, lub ogladającym systematycznie.

Po upowszechnieniu internetu moja „dieta” była już moim nawykiem. W wielu zażartych dyskusjach nie uczestniczę, przestały mnie też zwyczajnie obchodzić. Wrażliwe struny mojej psychiki nie były już tak szarpane. Nabyłam odporności.

Do dziś spoglądam z dozą uprzedzenia na wszelkiego rodzaju spory, gdzie słów używa się jak brzytwy czy ładunków wybuchowych. Jeżeli jeszcze dodatkowo „pomaga” się sobie cytatami z Pisma Świętego, pojawia się u mnie specyficzna alergia. Nie sądzę, że Biblia ma służyć przemocy słownej i powstała, aby psychicznie manipulować kimkolwiek.

Wiele społecznych debat przypomina dzieci w paskownicy, obrzucające się błotem. Nikt nie chce nikogo do niczego przekonać, po prostu CHCĄ WYGRAĆ swoją rację. Tutaj więcej jest przemocy niż dialogu, tak więc nie dochodzi do wymiany pogądów, tylko toczy się wojna. Wygra któryś z agresorów, ale – moim zdaniem – przegrają wszyscy.

Recepta

Nie da się uniknąć bólu egzystencjalnego. Pojawia się nieproszony, u kobiet w drugiej fazie cyklu, częściej niż zwykle… Można drwić z niego, prześmiać, ale nie rozwiewa się tak szybko, jak pojawia. Leczymy się z niego na różne sposoby. Mój to sztuka. Doświadczam, tworzę, dotykam, transformuję, odbieram, komunikuję, zanurzam się… Uzaleźnia, jak inne używki, jednak nie ma skutków ubocznych. Na następny dzień głowa nie boli, nie trzeba po latach używania leczyć się na terapii… Polecam.

Sztuki plastyczne są świetnym antidotuum na egzystencjalne bolączki braku wpływu na tak wiele czynników dnia codziennego. A jednak spod naszych rąk może urodzić się nowa jakość, możemy poczuć sprawczość, możemy zaskoczyć się pięknem i je kontemplować. Ukoi to serce, duszę, utuli psychikę. Jest też wyjątkowa radość z „utworzenia”, która cieszy długo po „czasie sprawczym”. Sztuka jest więc jakimś keljem pomiędzy naszą świadomością, torem życia, marzeniami i pogłebioną refleksją. Dzięki niej stajemy się na nową całością, również ze światem, w którym trwamy…

Święta Nieżyczliwości

Zbliżają się najbardziej klimatyczne po kątem estetyki Święta: Boże Narodzenie. Tyle świateł, ozdób naprawdę pięknych, doskonała muzyka i wiele inicjatyw artystycznych. Przepych dodatków i drobiazgów. Można zapomnieć się i rozmarzyć… rozmarzyć nad…? Może nad tym, że cokolwiek zrozumiemy z TREŚCI tych Świąt, z faktu pojawienia się Chrysusa na ziemi i co z tego wynikło dla ludzi, wynika dla mnie?

Niestety doświadczyłam wczoraj jak bardzo nie. Stałam w kolejce. Tak, mamy 2018 i stałam w długiej kolejce w sklepie. Nasłuchałam się wielu kropnych, niekulturalnych epitetów, napatrzyłam na kilka „scen” i publicznych wyrazów braku kultury. Ludzie tryskali wobec siebie odrazą, brakiem zrozumienia, pogardą i chamstwem. Dawno się tak nie rozczarowałam. To było strasznie przykre.

W sklepie brakuje pracowników, powstają kolejki, brakuje rąk do pomocy. Jeszcze bardziej jednak brakuje nam zwykłej, ludzkiej życzliwości, brakuje dystansu do nas samych, szczypty życzliwości i cierpliwości. Nawet długa kolejka nie byłaby takim dramatem, gdybyśmy chcieli uruchomić własną empatię i wyrazili wobec siebie wzajemnie odrobinę życzliwości.

Te doświadczenie przypomniało mi podobne chwile z mojego dzieciństwa, kiedy też wielokrotnie i prawie codziennie stałam w kolejkach i też napatrzyłam się, jak ludzie potrafią w tak przecież niedramatycznej chwili (to TYLKO kolejka!!!!!!) być wobec siebie okrutni.

Co moi Drodzy jest w naszym narodzie tak gorzkiego, że nie możemy być dla siebie odrobiny dobrzy tak zwyczajnie codziennie?

Chropowata odpowiedzialność

Można się dzisiaj porządnie zachłysnąć w oceanie możliwości, w morzu informacji, czy w wirtualnym świecie nowych znaczeń. Od haseł na codzienne przetrwanie, po memy, hasztagi i podobnie wyglądające tysiące zdjęć, brniemy wymieniając się zdawkowymi opiniami na każdy temat.

Kiedyś wysiadywałam w pięknym gmachu Biblioteki Wojewódzkiej, dotykałam z nabożną czcią dębowych biurek czytelni i oddawałam się nabożeństwu wyszukiwania informacji w opasłych rozmiarów encyklopediach wiedzy. Dzisiaj nie wychodząc z domu szybko odwiedzam „Wujka Google”, który podpowie dosłownie wszystko i to w wielu odmianach, łącznie w dyskusjami pomiędzy skrajnymi poglądami.

Dlaczego taki ogrom informacji nie pogłębia samoświadomości? Dlaczego zamiast zachłysnąć się dostępem, bezmiar wirualny używamy do ucieczek przed życiem?

Pewnie ktoś już zrobił na ten temat jakiś mem. Wystarczy wyszukać.

Ciekawi mnie jednak te ludzkie umiłowanie ucieczek. Każdy ma sporo własnych ścieżek, w których może doświadczyć „zawieszenia”, niby nieistnienia, pozoru życia… Mnożymy przyimki, zaimki, pączkujemy ogrom przymiotników, gromadzimy rzeczowniki, jednak kosztem czasowników. Uchodzi życie, zamiera w niebieskiej poświacie telewizorów, ekranów, tabletów i smartfonów. Cisza, cisza …cisza zawieszenia. Jakby wszyscy w jednej chwili wstrzymali oddech.

A życie to czasownik. Kto weźmie za nie odpowiedzialność? Kto będzie żyć? Kto zmierzy się z trudem, potem, deficytem, bólem, cierpieniem i lękiem? Kto wytrzyma wzrok prawdziwej osoby? Czy wciąż pamiętamy, jak wyglądają ci, którzy nie są modelami, mają mniej wzrostu i nie stosują kremu przeciwzmarszczkowego?

Odpowiedziaalność za siebie i życie to szorska rzeczywistość, pozbawiona złudzeń, zmęczona wielowątkowością egzystencji. W odpowiedzialności trzeba twardo stąpać po ziemi i mocno uchwycić rękojeść. To boli. Niestety odpowiedzialność nie jest nęcąca, ponieważ nie posiada pastelowej poświaty. Co może przerazić młode pokolenie: nie ma na to aplikacji.

Uciekając od życia nie uciekniemy przed barbażyńcami. Przyjdą i wyłączą nam internet. I wtedy znów zaczniemy? żyć. A może jest inny sposób niż apokalipsa? Może można się obudzić?

Zrezygnować

Rezygnujmy z luksusu, z lenistwa, z głupoty…

Rezygnujmy z tego, co zaśmieca nasz czas i nasze życie. Na pewno znajdzie się tego wiele…

Ale nie rezygnujmy z potrzeb własnych by kogoś zadowolić, by zbudować jakąś relację, by kogoś wychować, lub komuś pomóc.

Taka mała refleksja na „dzień dobry poniedziałku”.

Zdążyć…

Zdążyć przed barbarzyńcami

Wcale nie jest łatwo. Czasu nie jest za wiele, ciągle brakuje, jak powietrza po gonitwie w nieznane. Czas nie jest tutaj żadnym sprzymierzeńcem. Co najwyżej oszukanym…

Budowałam po barbarzyńcach. Zostawiają zgliszcza, zapach spalenizny, zapach palonego białka – gorzki, okrutny, bolesny… Niewiele co można z gliszczy wygrzebać, złożyć na nowo. Tak często trzeba po prostu zamieść popiół. Czarne i gęste opary wbiają się boleśnie w śluzówkę, ale i w serce, które krwawi. W zgliszczach małe kawałki doskonałości, która mogła przeciez trwać, która mogła przecież jeszcze kwitnąć. Trzeba już tylko zamieść. Pogrzeb. Łzy płyną same… na nic się tu zdadzą, co najwyżej obmyją twarz.Choć tyle.

Budować na nowo. Zapach całkiem inny przygotować w garze pełnym marzeń, potu pracy, łez frustracji i deficytów. Pachnie teraz drewnem, żywicą, wapnem. Drzazgi wbijają się w dłonie, zaznaczając dni jak w kalendarzu. Te nowe jest jak budząca się ziemia po zimie – przynosi nadzieję na nowe życie, choć nie bez bólu narodzin. Kiełkuje powoli i boleśnie.

Kanodzieja Salomon przestrzega, że to marność, bo nie wiemy, kto po nas przyjdzie… Miało być coraz lepiej, ale czy to nie mrzonki optymistów? Czy po nas znów nie przyjdą barbarzyńcy? Przyjdą ustanowić jedynie słuszny porządek zniszczenia, zrównają z ziemią to co boli ich karłowate, niedorozwinięte sumienia.

Więc chwilo trwaj. Zanim nastąpi destrukcja, niech choć jeszcze raz zakwitną w przestrzeni codzienności kwiaty dobra i piękna. Nasycę się nimi po wieki.

Ciasto biszkoptowe

Nie przepadam za pisaniem, widać to również na tym blogu. Ale taką mam pracę, że muszę, nawet jak nie lubię. Ostatnie 4 dni spędziłam przed komputerem i nie wiem, czy bardziej ucierpiały moje oczy, czy inna część ciała? Mój mózg jest „matematyczny” i bardziej operuje obrazami, niż samymi słowami. Dlatego to długi proces, zanim zdanie zostanie zapisane. Tak więc piękny majowy łikend+ jednen dzień gratis przesiedziałam nad komputerem. Cudowne wspomnienia! Na szczęście nauczyłam się przy okazji kilku ciekawych rzeczy, więc nie jest tak całkiem frustrująco. Gdybym miała tak codziennie, to chyba popadłabym w jakiś marazm egzystencjalny. Tak więc wzrósł mój poziom współczucia i empatii wobec tych, co muszą częściej czynić eleboraty. 

Najbardziej w całej tej pracy pisania lubię moment wysyłania artykułów. Wtedy robię im piękną stronę tytułową, oprawiam ładnie i fru! wysyłam. I to jest moja „wisienka na torcie”, cała reszta to zwyczajne ciasto biszkoptowe. 

Sprawiedliwość nasza codzienna

W Piśmie Świętym jest sporo tekstów zachęcających do czynienia sprawiedliwości. Zawsze mnie to nieco intrygowało, ponieważ zastanawiałam się, jak wiele tej sprawiedliwości mogę czynić ja – zwykły „żuczek”? Może zbyt wiele rozumiałam pod tym wielkim pięknym słowem?

Ze sprawiedliwością jest podobnie, jak ze zdrowiem: dopiero przy jej starcie uczymy się ją dostrzegać i doceniać. Doświadczenie na własnej „skórze” bolesnej i gorzkiej prawdy, czym jest sprawiedliwość, a raczej – czym jest jej brak, doprowadziło mnie do poszerzenia spektrum jej rozumienia.

Łzy – oto moi mali i skuteczni przewodnicy do głębi własnego serca i nauczyciele empatii.

Doznałam niesprawiedliwości ze względu na młody wiek, ze względu na moją płeć (najczęściej!), ze względu na brak posiadania dużego majątku i brak „wpływów” społecznych, ze względu na wrodzoną życzliwość, ze względu na osobistą wrażliwość i wiele innych aspektów, które można jeszcze długo wymieniać. Doświadczyłam niesprawiedliwości zarówno od najbliższych mi osób, od pracodawców, nauczycieli, znajomych i przypadkowych osób, jak i od sądu rejonowego. Niesprawiedliwość jest po prostu: wszędzie! Ta generalizacja nie służy, wbrew pozorom, narzekaniu naszemu powszedniemu.

Tak więc epidemia niesprawiedliwości zaprowadziła mnie do refleksji, jak wiele mogę zrobić w temacie sprawiedliwości, jako mały „żuczek”! Sprawiedliwość bowiem nie musi być sprawiedliwością wtórną, zadośćuczynieniową (zgodnie w powszechną teorią sprawiedliwości), lecz tą pierwotną, czyli czyniniem dobra, jako postawą społeczną. Co pod tym stwierdzeniem rozumiem? Otóż sprawiedliwość może być po prostu traktowaniem drugiej osoby w sposób godny, uważny i pełen szacunku. Bez stawiania jakichkolwiek warunków  godności drugiej osobie. Niby proste, nieskomplikowane i tak trudne.

Parę tygodni temu prowadziłam lekcję wychowawczą dla szóstoklasistów. Napisałam na tablicy zdanie: „Każdy zasługuje na szacunek”. Spytałam, czy jest ktoś, kto się z tym nie zgadza? Był ktoś… a dokładnie: wszyscy! Nikt wśród dwudziestu nastolatków się nie znalazł, kto by się zgodził, że istnieje szacunek do drugiej osoby bez warunków. 

Jesteśmy wychowywani, że na szacunek powinniści zapracować, następnie całe życie musimy udawadniać wszystkim wokół, że rzeczywiście zasługujemy na ów szacunek. Co – oczywiście(?)- nie gwarantuje, że spełnimy wszystkie i wszystkich warunki…

Mogę czynić sprawiedliwość każdego dnia traktując drugą osobę z przynależną jej/jemu godnością. Mogę. Nie wykracza to poza naszą ludzką umiejętność, sprawczość, możność czy intelekt. Zostaje więc pytanie: czy chcę? 

______

Foto: Martin Stranka

Smutek prawdy

Pokoncertowe refleksje. Berjozkele.

Wieczór pełen dźwięków, wspomnień kultury i życia, które odeszło. Życia, które było obecne i głośne tutaj, gdzie ja teraz buduję swoją codzienność. Została głucha i znacząca cisza. Teraz są nowe dźwięki, nowa kultura, inni ludzie…

Dzisiaj przed nami kolejny egzamin z otwartości, z gościnności, z wartości chrześcijańskich. Nie wpuszczamy imigrantów w nasze granice, nie otwieramy im miast, nie przygarniamy ofiar wojen, nawet jeżeli nas tak wiele razy ratowały obce otwarte ramiona. Wracają organizacje faszystowskie, nazistowskie klimaty, demonstarcje, segregacja na lepszych i gorszych. Jedynie słuszne poglądy i brak tolerancji dla pluralizmu, dla głosów rozsądku…

Koncert z kołysankami w jidysz oraz ostatnio widziany film Azyl (The Zookeeper’s Wife, 2017) nastroił mnie sentymentalnie za Polską, która już odeszła. Polską z milionami Żydów. Wtedy też zdawaliśmy egzamin z naszego człowieczeństwa. Jedni pod osłoną wojny mordowali, drudzy narażali własne życie by ratować.

Historie lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku z ust mojej Babci i dziadka, wydawały się krzyczeć smutkiem, bólem. Podsumowane zawsze odrobiną nadziei – nigdy więcej…! Ale czy zrobiliśmy jakiś krok do przodu? Czy czegoś się nauczyliśmy? Czy znów przed nami dramat wyborów na granicy światów życia i śmierci?

Przypomina mi się jeszcze jedna rozmowa. O bezpieczeństwie, o nastrojach wojennych, o niepewnej przyszłości. Usłyszałam, że trzeba być zawsze gotowym do ucieczki. Mieć zawsze benzynę w baku, bo nie wiemy gdzie i kiedy… Tyle w tych słowach lęku, ucieczki od życia, może od prawdy o nas samych. Ale czy ucieczka coś zmienia? Czy jest rozwiązaniem? Czy uratuje nas i czy uratuje nasze człowieczeństwo w nas samych?

Wiele we mnie złości, że tak wiele wysiłku potrzeba by zbudować kulturę, wartości, a potem barbarzyńcy przychodzą i niszczą dorobek setek lat, milionów żyć, cywilizacje tysiącleci… i tak w kółko. Smutne. Okrutne.

Tak bardzo potrzeba nam w Polsce szaleńców, nie mających lęku; wariatów, którzy nie patrzą wstecz, lecz mają serce, by budować nawet na zgliszczach. Ten mozolny trud, ten szaleńczy zapał, ten codzienny znój, kiedyś zatli się nadzieją, że rzeczywiście nienawiść, będzie już tylko smutną kartką historii.

Brzózka 

Cichuteńko potrząsa zielonymi lokami 
moja biała brzózka, modląc się z zapałem, 
każdy jej listek szepcze cicho modlitwę… 
Pomódl się, mała brzózko, także i za mnie! 

Przybyłem tu sam jak palec, z daleka 
Obcy mi tutejszy Bóg i mowa jego obca mi, 
Ani nie dojrzy on mego smutku, ani nie pojmie modlitwy, 
choć będę się modlił, modlił ile sił. 

Z dalekiego zachodu smutno zakradł się 
w jej cienkie gałązki różowy, czuły promień. 
Musnął ustami listki jej drobne w półśnie 
w półśnie nasłuchując słowika pieśń. 

Z szerokich pól nadleciał wiatr, 
opowiadał listkom legendy niezliczone… 
Gdzieś w głębi serca poczułem tęsknotę: 
Pomódl się, mała brzózko, pomódl i za mnie! 

Dovid Eynhorn 

Posłuchaj/poczytaj w jidysh>>>>>Di Berjozkele

Jesienne maki i klucze

 

Każdy ma jakąś wrażliwość, lub też wrażliwość na jakimś punkcie (w jakimś temacie). Jedna z moich „prze’wrażliwości” to natura. Mam prawdziwą słabość do wszelkich jej przejawów, do fauny i flory, do zjawisk od tych całkiem codziennych i przyziemnych jak i całkiem astonomicznych. Może łaczy się to z moim matematycznym umysłem? Nie wiem. Niektórzy podkreślają odmienność czy odrębność człowieka od/do natury. Ja odczuwam silne zespolenie.

Kocham naturę kontemplować. Przynosi mi wielką radość oglądanie jej przemiany i sezonowości. Wyczekuję niektórych zjawisk i one budują mój coroczny kalendarz klimatu umiarkowanego. W tym roku mieliśmy iście angielską pogodę, więc i natura nas zaskoczyła. Nie zawsze jednak negatywnie, jak twierdzą marudy. Jesienią ponownie zakwitły moje ukochane maki. Ot! taki prezencik. Nostalgicznie wpisały się w odcienie pożółkłej trawy i zgniłej zieleni. Towarzyszyły odlatującym ptakom. Ich klucze nad naszymi głowami i odgłosy nawet nocą, budują kimat jakże uroczej jesieni. Jesień, to zaraz po wiośnie, moja ulubiona pora roku. Pora barw i zapachów, we wszelkich fantazyjnych odcieniach. Chwilo trwaj i zachwycaj bez końca!

Patrialchalna kultura uczy nas zapominania o wrażliwości. Jednak wrażliwość jest wielką siłą, nie tylko kobiet. W dodatku jest lekarstwem na wiele dolegliwości płynących z przepracowanego ciała i umysłu! Chciałabym, abyśmy więcej wzruszeń, łez i uśmiechów rozdawali na co dzień, nawet przy lakonicznym „dzien dobry”. Wspólny zachwyt nad światem, jaki nas otacza może być źródłem naszej codziennej szczęśliwości powszedniej. Dzielmy się swoją wrażliwością jak najczęściej.

 

Interpretacja i czynnik ludzki

Jestem teolożką (aboslwentką teologii, jakby ktoś nie wiedział co to 😉 ) i zajmuję się od lat tematem interpretacji tekstu, głównie – Pisma Świętego. Zmagam się z trudnościami najczęściej tzw. czynnika ludzkiego, bo „co mówi tekst” to nie jest dziecinne pytanie z podstawówki.

Właśnie miałam okazję na własnej skórze doświadczyć, co znaczy czynnik ludzki w interpretacji prawa w Polsce. Trafiłam do sadu, gdzie pół roku zmagaliśmy się (?) z pytaniem, co mówi prawo, przepisy. Nie były to zawiłe paragrafy. Niemniej sąd uznał, że interpretacja należy do niego i przepisy może interpretować wedle własnego uznania. W końcu ma do tego prawo.

Nie zawsze jednak jedno prawo leży w interesie innego prawa, na przykład prawa sprawiedliwości, czy godności.

Czynniki ludzkie pozostały niezadowolone 🙂

W(y)pada

Jako nastolatka doszłam do wniosku, że cokolwiek znajduje się w stwierdzeniu po słowie „wypada” lub „nie wypada” należy wrzucić do kosza z odpadami nuklearnymi. Ja tylko słyszałam w głowie „nie możesz być sobą”.

Kiedy w wieku 21 lat wyprowadziłam się „na swoje”, postanowiłam być wierna sobie i zapomniałam wszelkie rady, typu „wypada/ nie wypada”. Zbudowałam własny świat od nowa, na własne życzenie i własne przekonania. Nie byłam jakaś tam znowu rewolucyjna, po prostu byłam sobą. Jak nie chciało mi się jeść, to nie jadłam. Jak chciałam spać, to spałam, nawet w bibliotece uczelni. Chodziłam gdzie chciałam, robiłam co chciałam.

Kiedyś zjadłam obiad za pomocą agrafki, bo na stancji nie wzięłam sztućców, było super smaczne! Zakupy spożywcze robiłam w oparciu o skład chemiczny produktów: białko, węglowodany, minerały… i ograniczyłam gotowanie do przepisów, które kosztują czasu max. 30 minut w kuchni. Kupiłam sweter za ostatnie pieniądze i do końca miesiąca karmiły mnie koleżanki 🙂 Sweter był tego wart! 🙂

Rozkwitłam i byłam najszczęśliwszą osobą na świecie.

Lubię sobie wspominać zabawne chwile, pełne głupawki zachowania, radość z łamania społecznych tabu. Ograniczenie nosimy w sobie i sami sobie nie dajemy szansy żyć, jak chcemy.

Czasami czytam o rewolucyjnych odkryciach kobiet, które pierwszy raz w życiu nie ugotowały obiadu rodzinie, lub nie posprzątały mieszkania i stały się dzięki temu ikoną narodową. Proszę! Dajmy sobie więcej luzu i po prostu prawo do życia, normalnego życia. Takiego bez zakazów, bez nakazów, ale w wolności wyrażania siebie. Po za tym, nie twórzmy sztucznej rzeczywistości, jaka nie istnieje. W każdym domu jest bałagan, są przypalone obiady i zepsute gniazdka elektryczne. Wszędzie dzieci nie chcą jeść zdrowego jedzenia, wszystkie matki są zmęczone i rano wyglądają jak zombie. Można tak jeszcze długo wymieniać spis powszechnych niedoskonałości. Kochani perfekcjoniści – dajmy sobie nieco luzu, bo inaczej czekają nas psychotropy 🙂 Proponuję codzienny luz jako dobrą profilaktykę depresji i nerwic 😉

Kobiety nie wierzcie powszechnej ideologii, że będziecie bardziej kochane, jak spełnicie społeczne oczekiwania. Te oczekiwania, to zwykła przemoc psychiczna! Dopiero w wolności człowiek rozkwita i kobiecość też. Bądźmy wolne, twórzmy własną odmianę kobiecości i cieszmy się sobą i życiem! 🙂

 

Niebyt podróżny na deser

Mój codzienny worek oczekiwań wobec dnia powszedniego jest zawsze zbyt wypchany. Brakuje więc często czasu na odpoczynek i przyjemności, bo zawsze jeszcze coś…

Obiecywałam sobie, że potem sobie odpocznę, że później sprawię przyjemność. Taką przyjemnością jest chociażby niczym nie zmącona lektura książek. Często w pośpiechu pracoholizmu, gdzieś biegnąc, łapałam w biegu deser w postaci nowo nabytej książeczki, która pachniała i nęciła: po wszystkim odpoczniesz ze mną. Leży taka na półeczce, lub gdzieś w przedpokoju jak nagroda, jak pokusa, jak trofeum. Czeka na mnie,a  ja na nią…

Tylko, że „potem” znów biegnę, tylko w innym kierunku… i tak nazbierało mi się sporo deserów, które czekają i leżą. Nawet się zastanawiam, czy czasami niektóry już nie jest przeterminowany?

Zabieram takie „desery” na moje podróże. Jeszcze po drodze na dworcu chwytam gazetę, lub dwie, gdzie są ciekawe artykuły. Zasiadam majestatycznie z całą stertą książek i gazet, po czym omdlewam w pozycji „na popielniczkę” i…

…budzę się na stacji końcowej.

Przyciskam moje „desery” lekturowe do siebie jak nietypową poduszkę. Z „deseru” przeradzają się w maskotkę, którą tulę do snu.

Och, przecież jest jeszczcze droga powrotna…

🙂