Bycie dorosłym jest takie męczące: „szybciej, więcej, lepiej…”
Nie ma kiedy się zatrzymać, nie ma czasu na zachwyt czy beztroskę.
I kiedy już opadam z sił, chciałabym aby mnie ktoś utulił w puchatą kołdrę, zawinął i szeptem utulił do snu. Niech wiatr kołysze mnie, niech mi śpiewają kwiaty, unoszą ku niebu zapachy.
Jak dobrze, że jesteś silniejszy, mądrzejszy, spokojniejszy. Tak bardzo potrzebuję oprzeć się na Tobie, zapomnieć o swojej skończoności i słabości. Potrzebuję być dzieckiem, okruszkiem, lekkim jak piórko. Bądź więc skałą, przewodnikiem, mym domem i moją kołyską.
Odeśpię wszystkie zabiegane chwile, zapomnę o zmartwieniach i smutkach. Ugłaska mnie samotność cicha i spokojna, życiodajna zieleń popłynie w moich żyłach, odzyskam siły.
A potem będę się huśtać na gałęziach, śmiejąc z całych sił. Biegać między drzewami grając w berka z wiewiókami. A marzeń nie będzie końca…
