Category Archives: Bez kategorii

nosowe reminiscencje

Przez chwile do stolicy dotarło powietrze, którego zapach tak bardzo kocham. Ten zapach zapowiada wiosnę! Najbardziej kojarzy mi się z późnymi zimami, jak mieszkałam we Wrocławiu. Tam bowiem wiosna przychodzi zawsze wcześniej.

Przed Wrocławiem mieszkałam w Białymstoku, więc ‚krainie białych niedźwiedzi’ i oczekiwanie na wiosnę mogło wpędzić w sezonową depresję. Wiosna bowiem łaskawie i całkiem leniwie pojawiała się około kwietnia. Zawsze sobie żartowaliśmy ze znajomymi, opowiadając anegdotę – jak to jest na Syberii: „u nas zima tylko od września do czerwca, a potem to lato i lato….”

Wrocław więc był piękną odmianą dla kogoś, kto nie przepada za zimą. A wiosna piękna we Wrocławiu. W dodatku zakochałam się we Wrocławiu akurat w czasie konstytuowania się swojej dorosłej tożsamości. Człowiek wtedy ‚zdobywa świat’ i ‚rozpościera skrzydła’ swoich marzeń. Stąd sentyment zawsze powraca w strony dolnośląskie. No i warto dodać, że się tam bardzo zakochałam w przystojnym strasznie chłopaku. Te randki i spacery były po prostu cudowne. Wrocław ma tyle pięknych miejsc, więc zakochani mają gdzie się ‚szwendać’.

Tak więc kilka dni poprzedniego tygodnia namiętnie wąchałam powietrze warszawskie, choć może być to dosyć ryzykowne, szczególnie, że mieszkam w centrum. Niemniej romantyzm puścił pierwsze pędy w moim sercu… Ach!

Dzisiejszy mróz zatarł zapach. Było za to słońce…

Dziś te piękne słońce świeciło nie tylko dla zakochanych (w końcu to 14.luty), ale i dla naszej parafianki, Agnieszki, którą pożegnaliśmy na cmentarzu…

Mam nadzieję, że choć troszkę tego słońca przedostało się przez chmury rozpaczy do jej 16letniego syna…

czas spłyca, człowiek pogłębia

Często martwię się, jak uciekający czas spłyca chwile, nad którymi nie zdążymy się rozmyślić wystarczająco głęboko. Gnamy szybciej, niż byśmy chcieli i czas wciąż okrutny, nie daje nam od swego biegu odpocząć. Pośpiech tak spłyca nasze tęsknoty serca, zawęża horyzont duszy, zacieśnia szeroko rozpostarte skrzydła naszego bycia. Wtedy właśnie tęsknię do nieba, w którym marzę by starczyło mi czasu na to, co podziwiam i kocham… i na wiele innych mniej ważnych cudowności 😉

Nie można jednak w tym biegu ominąć człowieka. Każdy bowiem jest jak studnia. Trzeba się więc zatrzymać i głęboko zajrzeć wgłąb. Patrzeć intensywnie póki w głębi toni odbije się albo czasem chmura, albo słońce… ale zawsze odrobina nieba. Do nieba tego warto czekać, dobić się i tęsknić.

Na brzegu tej studni czasem trzeba zawołać cicho wierszem, a czasem głośno i dobitnie wykrzyczeć bolesną prawdę. Wrzucam tam niekiedy kamyk mały by usłyszeć ten odgłos wpadania w niezmierzoną toń. Lubię ten odgłos ‚plum!’ 😉

Każda studnia kryje swoją tajemnicę. Jedne tajemnice pachną dawno przekwitłymi różami, wiatrem polnym i nieskończonością marzeń. Są też studnie zapuszczone, zgniłe i zapomniane. Są studnie, od których oderwać się trudno i zostajemy przy nich na dłużej… zapuszczając wgłąb pędy dzikiego wina.

A jaką my jesteśmy studnią? Co z nas czasem ‚wyłazi’? Czy jaszczurka, kwitnące pędy czy…?

„zaskok” :P

Niespodzianki są bardzo niezależne, samodzielne i nie pytają o zdanie. Potrafią odwrócić życie do góry nogami. Bez nich codzienność mogłaby czasami przynudzać. One jednak nie pozwalają przespać, zaspać czy nie zauważyć. Niespodzianki są jak Mała Mi z Muminków. Dopną swego! I to właśnie ich niepowtarzalny urok.

Ale jak je nie kochać 😉

zimowy puszek okruszek

Śnieg ukrył niedoskonałości Warszawy pod sobą. Póki nie zamieni się w błoto wszystko wygląda jak po remoncie (przynajmniej po malowaniu, rzecz jasna – na biało). Taka prawdziwa zima w stylu klimatu kontynentalnego, mroźno i słonecznie. Zupełnie jak zimy mojego dzieciństwa. W końcu nieco mnie przywiało w kierunku wschodnim. Warszawa to nie Białystok, ale już całkiem blisko. Poza tym tak wielu tu spotykam znajomych waśnie z Białegostoku, że właśnie mam wrażenie, że nie sprowadziłam się do stolicy, lecz do „Białego”.

Adwent każe się zatrzymać na refleksję, ale chyba nie duchownym. Tyle jest imprez i tyle dodatkowych wydarzeń, że trudno pomieścić to w jednym kalendarzu. Ale sceneria adwentowa jak z bajki, tej industrialnej co prawda, ale zawsze coś.

Jednak czas relaksu, ewentualnie – czas odmiany od codzienności – czasem wyrywam wbrew rozsądkowi. Na głowie bowiem cała lista spraw „na wczoraj” i jestem spóźniona niesłychanie z terminami… Jednak miło jest spędzić kilka godzin z siostrą po sklepach bez martwienia się o małą Zosię. Co za radocha spędzić kilka chwil „bez sensu” – czyli tylko oglądając asortyment w sklepach. Fajnie by było jeszcze się przejść ulicami bez celu. Mam nadzieję, że niedługo się uda 😉

na czarno…

Chorobą ciała jest jego śmiertelność. Chorobą duszy, jej nieśmiertelność. Te sprzeczności romansują ze sobą we wspólnym tańcu, zwanym życiem. Obie powodują ból paradoksu… zwany bólem egzystencjalnym. Czy można uciec od neurotyzmu na cmentarzu? Nie wiem. Takiemu melancholikowi, jak ja na pewno trudniej. Wtedy powtarzam sobie, że mój lęk jest najbardziej znanym uczuciem ludzkości. Mijam nieznane mi twarze i wiem, że w zakamarkach ich serc te same pytania… Te same łzy i ten sam ból.

Płakać z płaczącymi jest najtrudniej, bo sami byśmy chcieli uciec od własnego bólu, a tu czeka jeszcze ten dodatkowy. Do kielicha goryczy dolewamy kroplę smutku naszej bezradności. Pozostaje BYĆ blisko. Tylko tyle… i aż tyle.

ps. nic mi nie jest, ot taką sobie pracę wybrałam…

łazienkowe refleksje

Od ponad tygodnia nie mamy ciepłej wody. No cóż – w końcu mieszkamy w stolicy, czyli w największej polskiej wiosce… Czajnik elektryczny więc non stop prawie pracuje z małymi przerwami. Umycie się nie jest takie oczywiste i kosztuje gimnastykę nie tylko fizyczną ale i logistyczną. Kiedy polewam się kubeczkiem ciepłej wody i marznę między jednym chlustem a drugim, aby jakoś nie kląć w myślach, staram się rozmyślać na temat życiowego doceniania z pozoru prostych rzeczy/spraw/zjawisk naszej codzienności. Przypominam sobie również moje różne przygody, kiedy to na wyjeździe na Białorusi przez 4 tygodnie się myłam podobnie, tylko że w zimnej wodzie. Najgorsza jednak nie była zimna woda w wiadrze, lecz towarzystwo innych dziewczyn, przy których trzeba było się rozebrać i umyć. Nie drzemie we mnie nawet krzta ekshibicjonizmu, więc zniosłam to z bólem. Rok wcześniej na Ukrainie nie było weselej, szczególnie, że odwiedzałam tam z grupą misyjną małe biedne wioseczki. W końcu podczas niejednych wakacji spędzonych u Babci na wsi, kiedy nie miała jeszcze łazienki, myliśmy się podobnie. Pamiętam, że razem z moim rodzeństwem nie widzieliśmy w tym nic przykrego, czy utrudniającego życie. Zabaw przy misce z wodą za to nie było końca…

Cóż, tyle wspomnień i tyle refleksji tylko z powodu braku ciepłej wody 😉

ps. wyrazy podziwu dla naszych gości w tym czasie, którzy nie zrazili się spartańskimi warunkami i mile z nami spędzili czas 😉 {na pewno mają co wspominać, hahaha ;)}

horyzont z kawą

Niedawno byłam na wyjeździe służbowym. Namęczyłam się przed samym wyjazdem niesłychanie (przygotowania+lista spraw na zapas) więc byłam półprzytomna wyjeżdżając. Marzyłam jedynie o odespaniu nieprzespanych nocy. Skorzystałam więc przy pierwszej okazji. To jak jeść przepyszny deser po miesiącach abstynencji. W domu nie do pomyślenia, bo tyle jest rzeczy do zrobienia, a mała Zoś na razie nie przejawia, że po rodzicach odziedziczyła zamiłowanie do miękkiej poduszki…eh…

No więc zostałam wyrwana z codzienności i dzięki temu odpoczęłam, mimo, że wyjazd był służbowy, a  nie urlopowy. Jednak ten oddech odmienności dobrze mi zrobił. Szkoda, że nie da się przespanych nocy zamykać w słoiki i magazynować razem z marmoladą w spiżarce na trudniejsze czasy…

Korzystałam ile mogłam i cieszyłam się każdą chwilą, by nasycić się czymś odmiennym. Tak więc huśtałam się na huśtawce oglądając piękne górskie widoczki i ptaki. Pijałam przeciągle i bez pośpiechu kawę, delektując się niezwykle pięknym krajobrazem za ogromnymi szybami jadalni ośrodka, w którym byliśmy. Gadałam jak najęta korzystając z okazji, że otaczały mnie (prawie) same kobiety. Małe chwile wielkich przyjemności.

Zastrzyk entuzjazmu gwarantowany! 😉

przez życie spacerem czy rakietą?

Chciałam przez swoje życie przejść spacerem. Pewnie dlatego, że tak wiele wpływu na moje wychowanie miała moja Babcia kochana. Ona wiedziała, że trzeba smakować życie i się nim cieszyć, bo szybko mija. Tak więc marzyłam o spokojnej wędrówce, w czasie której mogę bacznie oglądać wszystko wokół i cieszyć się każdym mijanym zdarzeniem, każdą mijaną przygodą. Tymczasem życie najpierw zamiast na spacer, posadziło mnie na rower. Było miło, a wiatr we włosach całkiem przyjemnie zachęcał do zabawy. Bardzo szybko z roweru przesiadałam się na pociąg. Jechałam coraz dalej i szybciej, już nie dało się ukradkiem zerwać garści kwiatów z mijającej łąki. Widziałam coraz więcej, lecz coraz mniej czasu było by się zatrzymać przy każdym zachwycie nad daną chwilą.

Przesiadki na coraz szybsze pojazdy zdarzały się już częściej. Po urodzeniu córki zaś zasiadłam do statku kosmicznego 😉

W zasadzie mam nieduże okienko, spoglądam przez nie, lecz mało widzę. Wszystko przemyka tak szybko… Zapomniałam nawet, że kiedyś lubiłam wystawiać rękę przez okno pociągu i cieszyć się powiewem wiatru. Teraz ręki nie wystawię, bo mi ją oderwie 😉

Obecna prędkość kosmiczna wprawia mnie we frustrację. Chciałabym się zatrzymać, ale nie wiem jak. Czy już dalej będzie tyko szybciej? Czy kiedyś będę mogła się przesiąść choć na chwilę na ten stary rower?

Mam taką radosną nadzieję, że tak! Czekam niecierpliwie na taką okazję 😉

zwierciadło w wannie

Kiedyś kultywowałam piękne chwile przy kawie, czytając sobie ulubione gazetki (np. Zwierciadło) lub książki dla relaksu. To był czas dla mnie. Piękne chwile: aromatyczna kawa, słodkie co nieco i gazeta do czytania. Najlepiej się do tego nadawał sobotni poranek. Ach…
Obecnie przy małej Zosi to nierealne marzenie. Tak więc dzisiaj rano za przykładem doświadczonych już rodziców (co wiedzą, jak uciekać i gdzie się chować 😉 ), poszłam się umyć i zamknęłam na dłużej w łazience. Ukradkiem po drodze sięgając po gazetę, która od 4 tygodni spogląda na mnie wytęskliwie, a to ze stolika, a to z półek różnych, na którą ja przekładam w nadziei, że coś z jej artykułów uda mi się ukraść codzienności.
Udało się. Zanim mąż dotarł do łazienki w poszukiwaniu zatopionej żony, przeczytałam nawet 2,5 artykułu. Piękne, relaksujące przeżycie. Może następnym razem pójdę do wanny również z kawą? Albo kupię płyn do kąpieli o zapachu kawy? Zawsze to jakiś ekwiwalent…

czy Warszawa da się lubić?

Wczoraj poszłam z Zosią na spacer. Wybrałam się nieco w nieznane okolice Placu Trzech Krzyży. Tym samym odkryłam, że nawet w stolicy są ładne, urocze uliczki. Co ważniejsze – mieszkamy bardzo blisko nich! 😉

Ale odkrycie! 😉

Po zaskakujących rewelacjach sklepów spożywczych na ul.Marszałkowskiej rodem z PRL-u, w których obok szamponu „Familijny” na półkach leży gwóźdź i sałata lodowa, bardziej współczesne i bardziej wyrafinowane zaułki są przyjemnym zaskoczeniem.

Nie bez znaczenia pewnie był fakt, że wczoraj świeciło piękne słońce i w końcu mogłam się cieszyć złotą polską jesienią, do której tak tęskniłam po wielu dniach chłodu i deszczu.

Tak więc miły akcent poznawczy geograficzno-architektoniczny zaliczony! 😉 Tym bardziej ważkie doświadczenie, że należę do grona tych, co stolicy nie lubią. Może ten czas, w którym mam tu mieszkać nieco to zmieni? Oby! Bądźmy optymistami! 😉

nie bądź sam w (nie)szczęściu

Codziennym błędem naszym jest myślenie, że nasz ból, tęsknoty, niewygody i cierpienie jest niepowtarzalne, jednostkowe. Zamykamy się na własne życzenie w naszym małym pokoiku bez okien. Siadamy na małym krzesełku i chyboczemy w rytm choroby sierocej. Jesteśmy sami. A to g…. prawda! Nie jesteśmy sami!!!!! Takich przykrości na świecie dużo więcej. Tych rzek łez płynie wiele i o podobnym biegu… Niestety.

Zamiast więc spoglądać na swoje smutne odbicie w lustrze – zamień lusterko na okno. Wyjrzyj przez nie i zobacz innych. Okaże się, że mają bardzo podobne problemy. To może być pierwszy krok do uzdrowienia.

Ale nie jest też tak, że nikt na tej planecie nie jest szczęśliwy 😉 Spotykałam trochę ludzi, którzy nie chcieli mi uwierzyć w moje osobiste szczęście (najmniej osób wierzy, że na prawdę jestem szczęśliwa w małżeństwie 😉 haha). Ale jestem szczęśliwa (nie tylko w chwilach z mężem 😉 ) i wiem, że można walczyć o swoje szczęście i do niego dążyć. Własne piekło i własne niebo nosimy w sobie.

deficyt hazardzisty

Kiedyś powiedziałabym, że moje życie to szuka wyboru, który z pomysłów zrealizować. Pomysłów bowiem zawsze miałam więcej niż czasu, który niestety jedynie przewidziany: 24 godziny na jedną dobę. Trudno wybrać, za którym pomysłem podążyć skoro wszystkie atrakcyjne, każdy przyniósłby jakąś nieco inną przygodę, jakieś kolejne cenne doświadczenie?

Teraz powiem, że moje życie to również sztuka rezygnacji. Tak wiele moich chęci i pomysłów nie da rady ujrzeć światła codziennego, nie dam rady poświęcić im czasu choć chwilę… Rzucam im tylko utęsknione spojrzenie, jak na dworcu przy rozstaniu. Pomacham im białą chusteczką z żalu. Tylko tą chwilę tęsknoty mamy dla siebie.

No szkoda bardzo, że ten czas taki nieubłagany. Cierpię, że wciąż posiadam jego deficyt. Jestem czasowym bankrutem, który musi spłacać wiele długów, a wciąż jak hazardzista nie może przestać korzystać z każdej nowej chwili… A tyle ich chciałabym roztrwonić…

Kończę, bo znów nie zostało mi ani kropli wolnego czasu 😉

przyjemność pachnie kawą

Dzień bez kawy dniem bez smaku 😉

Czasami zdarzają mi się poranki, kiedy mam budyniowy mózg (prostują się zwoje) i w zasadzie, nie mam pojęcia co się dzieje wokół mnie… Z rąk lecą mi trzymane przedmioty, trzeba mi powtarzać pytanie dwa razy itp. Jestem wcieleniem kawałów o blondynkach (może się kiedyś przefarbuję ;)? )

Wszystko (lub prawie) wraca do normy po kawie. Chwila z kawą jednak oprócz pragmatycznego powrotu do świata świadomych zawiera jeszcze całe morze kawowej przyjemności dla zmysłów!

Uwielbiam zapach zmielonej kawy. Mogłabym się nim „narkotyzować” 😉 Smakuje mi nie tylko kawa, jako napój, lecz również lubię słodycze o smaku kawy. Czekolada kawowa, to mój faworyt.

uhmmm…

Tak więc chwila z kawą – chwilą mojej codziennej przyjemności, która, mimo, że codzienna – nie powszednieje.